NL    PL link    ENG link
 


Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witWydarzeniablok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

Scheller Edwin

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edwin Mikołaj Scheller ps. 'Czarny', 'Pordon', 'Łoże'

Syn Bronisława i Zuzanny, urodził się 6 grudnia 1919 r. w Zaniemyślu. Już 4 września 1939 r. zgłosił się jako ochotnik i został przydzielony do 8. Kompanii strzeleckiej 62. Pułku Piechoty. Po walkach pułk dostał się do niewoli a ranny Scheller
do szpitala. Po polepszeniu się stanu zdrowia i bardzo wielu przejściach 15 grudnia 1939 r. przekroczył granicę z Węgrami i dalej przedostał się do Anglii. Tam w kwietniu1941 r. kończy Szkołę Podchorążych Piechoty i na rozkaz kończy kurswywiadu wojskowego. W 1943 r. 13 marca już jako "Cichociemny" zostaje zrzucony do Polski i przydzielony do tzw. referatu. centralnego i kolejowego.
15 lutego 1944 r. w zorganizowanym przez Niemców "kotle" zostaje aresztowanych kilkanaście osób, a wśród nich "Fordon''. Po bardzo ciężkim śledztwie i torturach 27 maja 1944 r. wychodzi na wolność - najprawdopodobniej został
wykupiony. Po wojnie w dniu 15 października 1945 r. spełnia obowiązek i ujawnia się w Wojewódzkim Urzędzie BP. Kilka tygodni później wraz z żoną, będącą w piątym miesiącu ciąży, zostają aresztowani. W prowadzonym przez UB śledztwie
żona traci dziecko i zdrowie. Siódmego czerwca 1946 r. zostaje wraz z żoną uwolniony od winy i kary, i zwolniony do domu. Do żadnej pracy nie zostaj przyjęty. Jesienią 1946 r. rozpoczyna studia na Akademii Handlowej w Szczecinie, a następnie przeprowadza się do Inowrocławia.
Po październiku 1956 r. zostaje zaproszony do powrotu do Szczecina i tam dostaje pracę i mieszkanie. Wreszcie wiedza i praca zostały docenione. Wyjeżdża na kontrakt do Bombaju, do projektowania i budowy portów oraz stoczni. W końcu 1968r. wraca do kraju. W 1980 r. przechodzi na emeryturę.
Odznaczony: Krzyżem Virtuti Militari V klasy, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim, Warszawskim Krzyżem Powstańczym i wieloma innymi.

Zmarł 1 lutego 1999 roku w Szczecinie, a prochy - zgodnie z jego wolą - przetransponowano do Bydgoszczy.



Relacja żony Jolanty Scheller

Opowieść banalna
Z Bydgoszczy do Plymouth...

Z lotniska Tempsford w Wielkiej Brytanii wystartowali 13 marca 1943 roku, we wczesnych godzinach wieczornych. Była to już 24 ekipa cichociemnych, przerzucona do Polski. Kryptonim lotu "Tile" to po angielsku, po polsku zaś - dachówka.
Jednym z czterech skoczków był dzisiejszy mieszkaniec Szczecina, wówczas ppor. Edwin Mikołaj Scheller-Czarny. Tak jak i koledzy przeszkolony do zadań w wywiadzie. Dałby sobie i dziś uciąć głowę, że tamtej nocy, przelatując bokiem Bydgoszczy, przez przyciemniony iluminator "Halifaxa" dostrzegł płomienie ognia z elektrowni w momencie nawęglania. Z tym miastem był związany uczuciowo. Tam pozostali jego rodzice. Czy jeszcze żyją - przemknęło mu przez myśl. Miasto to po raz ostatni opuszczał pod koniec października 1939 r. Wcześniej - nocą 4 września, po słynnej "krwawej niedzieli" zgotowanej przez niemieckich dywersantów nielicznym polskim oddziałom wojskowym i mieszkańcom Bydgoszczy.

Edwin nie był wyjątkiem spośród cichociemnych. Niechętnie wraca myślami wstecz, do tego co działo się przed 50 laty. A wówczas, latem 1939r. wakacje miał "z głowy". Zaraz po maturze powołano go do 11 batalionu Junackich Hufców Pracy. W Nowogrodzie nad Narwią budował wraz z innymi fortyfikacje. Tak minął lipiec i połowa sierpnia. Kiedy rozstawał się z kolegami nie przypuszczał, iż wielu już nigdy nie zobaczy. 1 września. Wojna.
Na pobór miał się stawić gdzieś w początkach października i może byłby jednym z młodych ludzi, którzy uciekając przed pożogą wojenną - zapełnili polskie drogi i gościńce - gdyby nie 3 września. Niedziela. Od rana słychać było w mieście strzały. W dniu tym jednostek polskich w Bydgoszczy było niewiele. Przeważały tabory. Niemieccy dywersanci rozpoczęli strzelaninę. Strzelali do wszystkiego, co się ruszało po ulicach. Chodziło im o wywołanie paniki. W rejonie Czyżkowo-Okole, gdzie mieszkał "zaczęło" się gdzieś ok. godz. 9 rano. Czuli się zagrożeni. Zorganizowali się samorzutnie. Harcerze, koledzy z hufca PW, kolejarze. Broń pobrali w koszarach 62. pp, tego który opiekował się hufcem. Żartów nie było. Później, wraz z przybyciem 16. Pułku ułanów, doszły inne jednostki wojskowe. Wyłapywano dywersantów. Strzelanina, już rzadsza, trwała do późnych godzin nocnych. I tejże nocy wojsko opuszczało Bydgoszcz. Nie mieli pojęcia, że Niemcy stoją u wrót miasta. Przez cały 4 września pilnowali porządku. Byli już jako tako zorganizowani. Wraz z kolegą, 4 września nocą, ruszyli za wojskiem. Po kilkugodzinnym marszu natknęli się na placówki naszego 62. Pułku piechoty. Mieli szczęście. Spotkali akurat dowódcę pułku, ppłk. Kazimierza Heilmana-Rawicza. Znali go dobrze. Jego młodsi od nas synowie uczęszczali do tego samego gimnazjum. Zameldowali się. Pułkownik polecił przyjąć ich do pułku. Edwin otrzymał przydział do 8. Kompanii strzeleckiej , a Henio Wejna, serdeczny kolega, z którym opuszczał Bydgoszcz, trafił do łączności. Szlak bojowy pułku wiódł przez Strzelce Kujawskie, w kierunku na Gqbin. Tam przeżył ciężkie bombardowanie niemieckiego lotnictwa. Wcześniej, pod Śmiełowcami - zacięty bój. Następnie forsowanie Bzury na północnym odcinku. Walki w obronie przejścia do Kampinosu. Tam oberwał w nogę, poharatało mu też dwa żebra. Kampinos i Warszawa. Obrona stolicy na odcinku Czerniakowa. Kapitulacja. Pułk poszedł do niewoli, a on wylądo wał w szpitalu. Najpierw na ul. Wolskiej, a dzień później w Alejach Ujazdowskich pod nr 37. W tym lokalu mieścił się przed wojną gabinet kosmetyczny dr Switafskiej. Okna pokoju, w którym leżał, wychodziły na tę przepiękną arterię Warszawy. 5 października, dojścia do okien strzegła wzmocniona 'wącha'. Nikomu z rannych nie wolno było doń się zbliżyć. W tym to dniu 1939 roku, w Alejach Ujazdowskich, odbyła się wielka defilada wojsk hitlerowskich najeźdźców. Słychać było tylko dudniące o asfalt podkute buty i warkot silników pancernego sprzętu. Defiladę tę odbierał osobiście Adolf Hitler.
Dzień czy dwa po tej defiladzie, uznano Edwina za ozdrowieńca i przeniesiono do pomieszczeń Wyższej Szkoły Wojennej przy ul. Koszykowej. Sformowano kolumnę z 600-700 podobnych i pognano pod karabinami do Ursusa. Nocować mieli w wielkiej hali fabrycznej dawnych zakładów naprawczych kolei, położonej tuż przy torach. Ten to teren, od strony torów i płotu - był słabo strzeżony. Tej samej nocy sporej grupie lżej rannych i ozdrowieńcom udało się uciec z miejsca, skąd droga wiodła tylko do jenieckich obozów. Był jednym z nich. Do Łodzi dojechało dwunastu. Stamtąd, dzięki pomocy kolejarzy, towarowym na Gdynię, dobrnął bez specjalnych kłopotów do Bydgoszczy. Był w mundurze, prawie bez grosza. A więc nie miał szans na zdobycie cywilnego ubrania. Ponadto niepokoił się o swoich staruszków. Miał wówczas niespełna 20 lat. Okrągłe urodziny przypadały na dzień 6 grudnia 1939 roku. W Bydgoszczy zabawił kilka dni. Do domu dotarł koło północy. Radość i rozpacz. - Po coś wrócił, zapytał Ojciec, wówczas już emerytowany chorąży służby stałej Korpusu Ochrony Pogranicza. Tu szukają cię Niemcy. Musisz uciekać! Mundur powędrował do pieca, a o 5 rano opuścił rodzinny dom. Może dwa, może trzy dni tułał się po znajomych, rodzinie. Namawiał rówieśników do ucieczki. Godzili się z argumentacją, iż czeka ich tutaj niepewny los, ale kiedy przyszło co do czego został sam 'na placu boju'. Pod Kutnem przeszedł granicę z G[eneralną] G[ubernią]*, ponownie znalazł się w Warszawie. Przygarnęli go życzliwi ludzie w szpitalu, w którym leżał. Został, jak się to mówi potocznie - łapiduchem. Ale i tam nie zagrzał długo miejsca. Wiadomość o tworzącej się we Francji Armii Polskiej poderwała go. Siostrze Myszce zawdzięczał kontakt z Krakowem, z jej siostrą panią Mendrową. Miała mu umożliwić dalsze kontakty związane z przedostaniem się na Węgry.
Ale już po dniu pobytu w Krakowie - wszystko się wywróciło. Tegoż dnia po południu pani Mendrowa powróciła do domu bardzo zdenerwowana. Rzekła tylko: - Musisz wiać, jest jakaś wsypa. Moje mieszkanie może być pod obserwacją! Zgarnął nieliczne rzeczy. Pokręcił się do zmierzchu po Krakowie, wreszcie znalazł się na dworcu kolejowym. Nie zastanawiał się ani chwili. Wykupił bilet do Tarnowa. W pociągu - tłok i ścisk. Luźne rozmowy Polaków. Wysiadając w Tarnowie spotkał kilku gotowych do pokonania pierwszej przeszkody. Granicę między GG, a ziemiami zagarniętymi przez ZSRR w dniu 17 września 1939 r., przechodził w kierunku na Rawę Ruską w ostatnich dniach listopada. Potem był Lwów, Bolechów, wędrówka górami i granica węgierska. Parodniowy pobyt w Gyóngóez i kolejny obóz w Leanyfalu. Kiedy powracał myślami do tamtych dni - granicę z Węgrami przekroczył 15 grudnia - śmieję się sam z siebie. Prezentował się bowiem szczególnie. Na jego strój składały się: wojskowe buty, czapka uszanka, a spodnie i marynarka pochodziły ze smokingu. Ten wieczorowy strój chciał sprzedać, żeby uzupełnić swoje zasoby finansowe. Ale nikt smokingu nie chciał kupić, a ubranie, które miał na sobie - tak.
Budapeszt opuścił w nocy z 27 na 28 stycznia 1940 r. jako 'siedemnastolatek' dojechał pociągiem przez Zagrzeb, Mediolan do stacji granicznej z Francją - Modane. Było to dokładnie 1 lutego. Potem był obóz zbiorczy w koszarach Bressuire w Bretanii, wreszcie - Parthenay, miejsce postoju organizującejsię tutaj 2. Dywizji Strzelców Pieszych. Awansował do stopnia kaprala. Ale i tu nie zagrzał miejsca. Po kilku tygodniach skierowano go do szkoły podchorążych w Coetquida . Był już początek maja. Dni dzieliły ich od inwazji wojsk hitleroskich na Holandię i Belgię. Ale o tym nie miał wówczas pojęcia, choć niejeden przeczuwał, iż zanosi się na kolejną zawieruchę wojenną. Od świtu do nocy szkolenie. Błyskawiczny rajd niemieckich jednostek pancernych przez te kraje dawał dużo do myślenia. Nie był odosobniony w rozumowaniu, że na Francji to sobie Niemcy zęby połamią. Rzeczywistość okazała się inna. Do pułku nie wrócił. Z jednostek szkolnych, już jako tako uformowanych, zorganizowano tzw. oddziały zaporowe i wysłano ich na obronę niby Reduty Bretońskiej. Rzecz okazała się palcem na wodzie pisana. Drobne potyczki ze szpicami niemieckich jednostek. Wycofali się na południowy zachód do La-Rochelle. W tym porcie załadował się na statek i dopłynął do Plymouth. Była to już druga połowa czerwca 1940 roku.
Wylądował pod Glasgow. Tam formowała się 1 Brygada Strzelców. Miejscami postoju były m. in. Biggar, Killearn i Cupar na wschodnim wybrzeżu. Szkolenie i służba w obronie tegoż wybrzeża. Był to bowiem okres zagrożenia wyspy desantem
wojsk niemieckich. Trudny czas dla Brytyjczyków, także i dla młodych, rozpamiętujących dwie minione już kampanie - polską sprzed roku i francuską sprzed kilku miesięcy. Było o czym myśleć, dyskutować, spierać się. Najgorsze, że na liczne pytania zaczynające się od, 'jak' i 'dlaczego' nie potrafi sobie odpowiedzieć. A skrajne poglądy nie wyjaśniały wszystkiego. W początkach stycznia 1941 roku był już w Dundee. Znalazł się w gronie elewów! Turnusu Szkoły Podchorqżych Piechoty. Kontynuował naukę wojennego rzemiosła zapoczątkowaną w maju 1940 roku, we Francji, w Coetquidan. Ukończył jq 19 kwietnia 1941 roku.

Każdy meldunek jest ważny...

Świeżo upieczony kpr. p chor. Edwin Scheller - z piątką na świadectwie powrócił do swojej jednostki stacjonującej w Cupar. Mijały tygodnie podobne do siebie. Szkolenia, ćwiczenia, służba, przepustki. Odmiana nastąpiła dopiero w styczniu 1942 roku.
W styczniu 1942 roku, wraz z liczną grupą kolegów z 2. batalionu, zorganizowani w kompanię zbiorczą, rozpoczęli ostre, kilkutygodniowe szkolenie na kursie 'komando'. A w parę dni po zakończeniu tegoż kursu skierowano go na kurs
spadochronowy do 'małpiego gaju' w Largo, a następnie na skoki do Ringway. Z tym, iż wbrew zasadom szkoleniowym najpierw skakał z samolotu, potem z balonu. A jest to kolosalna różnica, zwłaszcza w psychice. Leci ię w dół, ku ziemi, na całą długość taśmy. Trwa to ileś sekund, a w głowie kłębią się myśli, a nuż spadochron się nie otworzy. Skacząc z samolotu odnosiło się wrażenie, że zbawcza czasza otwierała się szybciej. Zresztą - każdy z nich te pierwsze skoki przeżywał na swój sposób.
Pewnego dnia wezwano go do dowództwa batalionu, powiadamiając, iż jutro ma się zameldować pod Cupar, w takim i takim miejscu. Rozmowę z nim podjęło dwóch panów, jeden w cywilu, drugi w mundurze, ale stopnia już nie pamięta. Taka rozmowa niby o niczym. Dziś powiedziałoby się 'gadka' na inteligencję. W końcu usłyszał, że jeśli wyrazi zgodę, to przed skokiem do kraju będzie musiał ukończyć kurs wywiadu wojskowego, a jako taka znajomość języka niemieckiego
preferuje go do tej służby. W odpowiednim czasie otrzymacie zawiadomienie. Gdzieś po dwóch tygodniach otrzymał wezwanie, że by stawić się w Glasgow na Oficerski Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej. Jako młody i wysportowany chłopak nie chciał przesiedzieć wojnę gdzieś na tyłach i grzebać w papierkach! Nie wyraził zgody i powiedział to w dowództwie swojej jednostki. Usłyszał - Panie podchorąży, to rozkaz! Spakował rzeczy i zameldował się u płk. Stefana Mayera komendanta szkoły, zarazem dyrektora nauk. Tam dopiero wszystko się wyjaśniło.
Szkolenie trwało pełne pół roku. Gdzieś w listopadzie 1942 roku odbywał już praktykę w II Oddziale Sztabu Naczelnego Wodza. Nim jednak do tego doszło, trzeba było przysiąść fałdów, żeby opanować szeroki, a w niektórych dziedzinach
bardzo szczegółowy program. Obejmował m. in.: historię, zadania i technikę wywiadu, studium Niemiec tj. organizację armii niemieckiej z uwzględnieniem takich niuansów, jak policja, służby bezpieczeństwa, lotnictwo, marynarka wojenna itp. Zajęcia praktyczne związane były m. in. z chemią wywiadowczą, fotografią, szyfrowaniem, pracą na radiostacji, a także nauka o broni, strzelanie, walka wręcz. Już później w Londynie, w biurze studiów Oddziału II zwracano mu uwagę, jak ważną sprawą jest analizowanie każdego meldunku, wyciąganie wniosków. W myśl tej zasady każdy meldunek jest ważny, a skala ważności w dużej mierze zależy od podejścia analizującego, z tym, iż meldunek jest bardziej prawdopodobny, im więcej jest potwierdzeń.
A jeśli się otrzyma nawet meldunek bez potwierdzeń, to niech sobie leży. Może dojść jakiś inny, a one w sumie coś będą oznaczać. Za dzień, tydzień czy miesiąc, gdy dalsze wiadomości potwierdzą znaczenie tej pierwszej iskierki. Już w grudniu był gotowy do pracy wywiadowczej w kraju. Potem w styczniu 1943 r. ukończył kurs odprawowy w Audley End i mógł lecie. Na przeszkodzie stanęły: pogoda i kolejka. Na odlot do kraju czekało już kilka ekip. Na kilka tygodni powrócił ponownie do Glasgow, na dodatkowe szkolenie. Wreszcie stacja wyczekiwania i start do kraju - 13 marca 1943 roku. W tym samym dniu wystartowało z lotniska Tempsford 8 samolotów, w tym 5 ze spadochroniarzami, a wśród nich 13 skoczków przeszkolonych w wywiadzie. Wraz z nim: por. Oskar Farenholc (ps. "Sum"), por. Janusz Prądzyński (ps. "Trzy''), ppor. Jan Rostworowski (ps. "Mat'') i on, w stopniu podporucznika, ps. "Fordon" i "Łoże". Z tej czwórki, przykro mówić, pozostał przy życiu tylko on. "Sum" i "Mat" zginęli w Gross-Rosen, a "Trzy" - przeżył wojnę i zmarł w 1963 roku, w kraju. Ekipę przyjęła placówka "Olcha", położona 9 km na płd. wschód od Kielc i Warszawy.
Aklimatyzacja przeszła bez najmniejszych przeszkód. Zawdzięczał ją, tak jak i koledzy niezwykle serdecznej, a zarazem rzeczowej opiece "ciotek". Jego była pani Zofia Podolska, ps. "Franka". Niezwykle sympatycznie wspominał także swoich
pierwszych gospodarzy, państwo Krygierć: młode małżeństwo z maleńką córeczką. Mieszkał wówczas niedaleko Getta przy ul. Oboźnej. Po ukazaniu się książki Jędrzeja Tucholskiego pt. "Cichociemni " otrzymał przemiły list od pani Krygierowej, mieszka obecnie w Łodzi. Po okresie aklimatyzacji zmienił adres zamieszkania, na ul. Czarneckiego 21. Nazywał się wówczas Wojciech Bereżański, z zawodu... czeladnik krawiecki. Lewych nazwisk miał znacznie więcej. Zapamiętał dwa ostatnie Polański i Koronowski. Zawsze jednak imię i data urodzenia były te same. Miejsce urodzenia - gdzieś na wschodzie. W razie potrzeby zaciągać umiał. Urodził się co prawda w Zaniemyślu, pow. Środa, ale ponieważ ojciec służył w KOP-ie, na naszych wschodnich rubieżach (Nowogródzkie i Wileńskie), a mieszkańcem Bydgoszczy stał
się dopiero od 1936 roku, więc "zaciąganie" nie sprawiało mu kłopotów.
Otrzymał przydział do komórki wywiadu w Oddziale II Komendy Głównej Armii Krajowej do tzw. referatu centralnego i kolejowego. Zanim zameldował się w sekcji E-203 u mjra "Bolesława", rozmawiano z nim w trzech różnych lokalach
o jego kwalifikacjach. Do zasadniczej pracy przystąpił o 2 tygodnie później niż koledzy, a wiązało się to z faktem, iż był przecież przeszkolony jako komandos. Powinien zatem, zdaniem kogoś z dowództwa KG AK trafić do dywersji.
Robocza melina mieściła się w pobliżu Cytadeli, przy jednej z uliczek doń przylegających. Także przy placu Inwalidów. Tam docierały meldunki, generalnie ze wschodu. Dotyczyły szlaków kolejowych i lokalizacji niemieckich jednostek frontowych. Nie była to jednak "papka" przygotowana do skonsumowania od zaraz. Poprzez żmudne analizowanie dziesiątków meldunków i bardzo suchych raportów byli w stanie określić rozmieszczenie danej jednostki na froncie.
Docierały np. do ich rąk szpitalne dokumenty. Rodzaj kart przekazów. Ta ewidencja powinna być niszczona. Nasi ludzie - wygrzebywali je nawet na śmietnikach. Na każdej takiej karcie, poza nazwiskiem i imieniem, stopniem, była również odnotowana data zranienia, pierwszego opatrunku, data transportu i nr ewidencyjny jednostki. Także kolejne pobyty w szpitalach np. w Mińsku, Wilnie i Brześciu. Do czego takie żmudne wertowanie meldunków służyło? Do identyfikacji tzw. wielkich jednostek. Bo np. szeregowy Schultz został ranny pod Starają Russa, takiego i takiego dnia, przewieziono go do szpitala w... . Wiedząc, że służy on np. w 175 pułku piechoty, oznaczało to, iż w tamtym czasie, w operacji tej brała udział np. 50 dywizja. Rosjanie mieli oczywiście własne rozpoznanie. Ale była to już wiadomość z dwóch źródeł. A więc wiadomość wiarygodna. Rzecz zatem ważna. Gdyż każda z walczących stron chciała wiedzieć z jakim przeciwnikiem ma do czynienia. Można było więc wysnuć wniosek, iż w wyniku ciężkich walk została rozbita, a może wycofana na inny odcinek. Dlaczego i co się za tym kryje? Więc uwaga trzeba jej szukać. Z komunikatów wojennych wiedzieli, iż toczą się w danym rejonie ciężkie walki, a przez kilka dni nic o tej jednostce nie dochodziło ...
Od współpracujących z ich referatem ludzi, rozrzuconych na zapleczu frontu wschodniego docierały i inne meldunki.
Wszystkie raporty przekazywali do Biura Studiów. Stamtąd - via Londyn do Rosjan. Mógł się tylko domyślać, iż tak się dzieje. W meldunkach, które docierały, były także wiadomości o mostach, przepustach, jak i o szlaku kolejowym, na
którym np. zaobserwowano wzmożony ruch. Dane te były wykorzystywane do dywersji na torach. Jednak decyzja - gdzie, co i kiedy - zapadała na innym szczeblu i o tym informowano ich. Tego typu sprawami, zajmował się od maja do początków
czerwca 1943 roku. Potem przeniesiono go do Lublina.
Miał objąć funkcję zastępcy szefa ekspozytury "23". Ówczesny szef nazywał się Dobrowolski, ale trudno dziś powiedzieć, czy było to jego prawdziwe nazwisko, raczej nie. Oficer służby stałej, musiał opuścić ten teren. Deptano mu po piętach. Rodzaj wykonywanej pracy w Lublinie był podobny w minimalnym tylko stopniu. Obowiązywało ścisłe przekazywanie informacji. Liczyły się tylko fakty, oczywiście w miarę udokumentowane. Rzadziej komentarz i analiza. Na tym terenie pracował z siecią. Ekspozyturę interesowało wszystko. Ilość wojska, rodzaje, ruch czyli przemieszczanie się jednostek, ich nazwy, rozmieszczenie lotnisk, stan moralny wojska, sprawy gospodarcze. Choć na tym terenie istniała specjalna komórka kolejowa, działali równolegle, nie wchodząc sobie w drogę. W pewnym sensie dublował ich robotę. Ludzie z siatki pracowali w różnych przedsiębiorstwach i instytucjach. Szczególną uwagę zwracali na tzw. Kraftfahrparki, czyli jednostki naprawcze sprzętu samochodowego i pancernego. Interesowało ich np. skąd przybyły transporty z wyeliminowanym z walki sprzętem, w jakim stanie technicznym, jak długo przyjdzie przywracać go do "życia".
W Lublinie działał do 15 lutego 1944 roku. W tym to dniu wpadł na punkcie kontaktowym. W kotle. Był umówiony z łączniczką. Miał zdać i odebrać przeznaczoną dla niego pocztę.

W łapach lubelskiego Gestapo...

Lokal kontaktowy, w którym ppor. Edwin Scheller, ps. "Fordon" wpadł 15 lutego 1944 r. mieścił się przy ul. Żmigród. Razem z nim zgarnięto kilkanaście osób i łączniczkę, z którą miał się spotkać. Jej pseudonimu nie zapamiętał. Wyglqdała na 14-letnią dziewczynkę i po jakimś czasie Niemcy ją wypuścili. Wpadka nastąpiła w południe. Nic nie wskazywało, że lokal był trefny. Znaków na nie - nie było. A zatem - wszystko wporządku. Do dziś dokładnie nie wiadomo, jak doszło do założenia przez Gestapo kotła. Można się jedynie domyślać, iż ten punkt kontaktowy służył i innym komórkom. Niedocenianie służb bezpieczeństwa wroga kończyło się przeważnie wpadką. A może ktoś nie wytrzymał przesłuchania? Na razie wszystko odbywało się elegancko, w "rękawiczkach". Około godziny 15.00 był już na lubelskim Gestapo, pod "Zegarem". Tego popołudnia miał spokój.
Właściwe przesłuchanie zaczęło się następnego dnia. Z pytania dotyczącego odwiedzin w lokalu, w którym był kocioł - jakoś się wyłgał. Na drugie - co robi, gdzie pracuje, wydawało mu się, że także. Nagle, obcesowo i podniesionym tonem - usłyszał. - Her Koronowski - łżesz! Wpokoju przesłuchań znalazł się po chwili specjalista od dokumentów. Powiedział krótko. Ta kenkarta jest fałszywa. Taką oczywiście była, ale nie miał wtedy pojęcia, że kenkarta należała do serii, którą Niemcy nakryli w Warszawie. Nie powiadomiono go o tym. Po krótkiej "obróbce" przez oprawców - nie wyglądał po niej chyba najlepiej - nastąpił przesłuchania ciąg dalszy. - Skąd ją masz, kto dał tobie te dokumenty, jaka organizacja, jaką w niej pełnisz funkcję ?
Udawał, iż nie zna ani w ząb niemieckiego. Po drugie - starał się mówić niewyraźnie, żeby tłumacz jeszcze raz zapytał o daną kwestię. Nie zawsze to się dobrze kończyło, ale taka rozmowa przeciągała się w czasie. A ten był potrzebny na skonstruowanie prawdopodobnej wypowiedzi. Odpowiedział więc spokojnie, że nigdy nie należał do żadnej organizacji i nie pełnił w niej żadnej funkcji. - To skąd u ciebie fałszywa kenkarta? Kupiłem na dworcu w Warszawie. Mieszkałem w Wilnie. Nie miałem z czego żyć, a trudno mi było z tamtymi papierami otrzymać tutaj robotę, a nade wszystko - zameldować się. - To kenkartę można kupić na dworcu kolejowym - zapytał jeden z trójki przesłuchujących. Można - odpowiedział. - Ciekawe
- powiedział, akcentując to słowo, dodając już ostrzej, - a myśmy o niczym takim nie słyszeli. Odparł z rozbrajającą szczerości: to zapytajcie się tych z Warszawy. Tego było już za wiele. Nie bardzo pamiętał, jak znalazł się w celi. Po kilku dniach zaczęli jego osobę wiązać z wielką wsypą, jaka miała miejsce w Warszawie, a także poza granicami naszego kraju. Wpadły w ręce Gestapo jakieś materiały, które zahaczały o Lublin. - Nic nie wiesz na ten temat? Nie wiem - odpowiadał. - A poczta, która przejęliśmy w lokalu przy ul. Źmigród? Jaką pocztę? - odpowiadał pytaniem. Nic z nią nie miałem i nie mam wspólnego. - Czy nic, to zobaczymy. Inaczej będziesz śpiewał, jak z Warszawy ściągniemy te dokumenty. Na szczęście nie cały czas przebywał na Gestapo pod "Zegarem". Na noc odtransportowywali go do "Zamku".
Tam nasi nawiązali z nim kontakt przez strażnika. Niestety - nazwiska, a raczej pseudonimu, tego dzielnego konspiratora już nie pamięta. Jemu przekazywał wszystko, co działo się z nim pod "Zegarem". O co go pytają, jak się tłumaczy. Dzięki temu zdążono ostrzec ludzi, z którymi miał częstsze kontakty. Przez pełną dekadę przechodził ciężkie chwile. Jak nie leżał w gabinecie oprawcy zbity i pół przytomny, to wisiał głową w dół. Raz zapytano, czy nie znam "Fordona". Sprawił im radość, odpowiadając, że ... tak, - Kto to jest, jak wygląda, gdzie go znaleźć - mów! Odpowiedział. To taki elegancki pan, kulejący, podpiera się laseczką. - A skąd go znasz? Kiedyś, gdy wracałem z pracy, zaczepił mnie na ulicy, prosząc, że bym za niego wrzucił list na poczcie. Z tą chwilą, jakby się nieco odkrył. Dzięki temu miał przez dwa, czy trzy dni trochę oddechu. Byli przecież pewni, że do czegoś tam należał. Na razie dusili płotkę, może z niej coś wycisną, Zanim dojdą z Warszawy dokumenty, o których wspomnieli niebacznie, a potwierdzili to przy najbliższej "rozmowie", kiedy to wisząc na belce głową w dół, myśleli, iż już stracił przytomność. Kilkakrotnie bowiem zabawiali się w ten sposób, że bijąc odpięt w dół aplikowali przy okazji tzw. topienie na sucho. A wyglądało to tak, że leje się wodę z butelek lub czajnika do nosa. Żeby delikwent nie kręcił głową, po prostu dociska się butem grdykę. Trwa to do czasu, kiedy katowany zaczyna się dusić. Nie mógł jakoś przywyknąć do tej metody "rozmowy", gdyż nim zaczynał się dusić, wisiał już bez czucia. Raz nawet tego samego sposobu dogadywania się spróbowali dwukrotnie w ciągu jednego przesłuchania.
Od pożegnania z tym światem uratował go lekarz. Oprzytomniał dopiero po jakimś zastrzyku. Powiedział wtedy do nich, że jeśli chcą mieć pociechę, to dziś dajcie mu spokój. Lekarzem tym nie kierowały oczywiście żadne uczucia humanitarne. W tej grze on się nie liczył. Był po prostu jeszcze gestapowcom potrzebny. Gdyby dokumenty dotarły do rąk lubelskiego gestapo raczej nie rozmawialiby z nim. Otóż o zamiarze przywiezienia takich dokumentów z Warszawy niezwłocznie
powiadomił swojego opiekuna, strażnika na "Zamku". Dokładnego terminu naturalnie podać nie mógł, przekazał jedynie, że ma to nastąpić w najbliższych dniach. Decyzja przeprowadzenia zasadzki na powracający z Warszawy samochód lubelskiego Gestapo zapadła na wyższym szczeblu (Komenda Okręgu AK w Lublinie). Czy w tym przypadku nasi działali "na nosa", czy też posiadali informacje z innych źródeł, tego nie wiadomo. Dość, że lubelscy gestapowcy, wracając z Warszawy, wpadli w zasadzkę. Z trójki - kierowca, Holender z SS i jeden z przesłuchujących go gestapowców - nikt nie wyszedł żywy. Do naszych rąk wpadła teczka z owymi dokumentami. Jak się już później dowiedział, dokumenty przechwycone przez warszawskie Gestapo zawierały szczegóły dotyczące organizacji komórek wywiadu KG AK. Gdyby one dotarły do Lublina, mogły być pomocne w rozszyfrowaniu lubelskiej ekspozytury "23", a więc w jakimś sensie i jego. Najważniejsze jednak, iż potwierdzenie "skuteczności" zasadzki otrzymali również i z innej strony. Mieli wywiadowcę
zatrudnionego u Volksdeutscha, prowadzącego sklep z radioodbiornikami dla Niemców w Lublinie. Tenże "właściciel" był agentem Abwehry, o czym zresztą wiedział. Otóż "właściciel sklepu" wracał także samochodem z Warszawy, w kilka godzin po zasadzce i opowiadał po powrocie (podobno z "cichą" satysfakcją, nie było miłości między Abwehrą a Gestapo), że miała miejsce zasadzka na Gestapo, które straciło nie tylko kilku ludzi ale i ważne dokumenty. Niemcy mogli przecież ściągnąć z Warszawy odpisy lub odbitki tych dokumentów, gdyby je mieli. Byli zbyt pewni siebie. Nie dopuszczali myśli, iż ktoś może je z ich rąk wyrwać.
Wzywano go nadal na przesłuchania, ale odbywały się już bez rękoczynów. Niczego nie wydusili. Fakt, że legitymował się fałszywą kenkartą, ale inne dokumenty były oryginalne. Zameldowanie z datą sprzed trzech tygodni, karta pracy - sprzed dwóch tygodni, a więc przed wpadką. Jego tłumaczenie nabierało cech prawdopodobieństwa. Zatem - tak chyba myśleli, trzymamy jakąś płotkę. Facet dostał za swoje, bo musiał. Na zaś, a nuż coś powie. Więc...? Sprawa jakby zawisła w próżni. Czekano widać na czyjeś decyzje, ale czyje?
Przez strażnika dochodziły jakieś wieści z zewnątrz, iż nie jest sam, że starają się mu pomóc. Słowa pociechy i trzymaj się! - twoja sprawa jest na dobrej drodze. Ale co znaczą takie słowa, skoro codziennie z cel "Zamku" wyciągano ludzi na rozwałkę. Przeżył na "Zamku" słynny Wielki Piqtek, w którym wygarnęli masę ludzi i postawili ich pod ścianą. Może życie zawdzięczał i temu, iż wówczas śledztwo było jeszcze w toku. Bał się - co tu ukrywać, żeby siedząc w "Zamku", czy pod "Zegarem" ss nie dotarła do Gestapo wiadomość, że "Fordon", czyli on, którego poszukiwali na zewnątrz, siedzi u nich.
Wiedział, że stało za nim grono ludzi dobrej woli i narzeczona, którzy po zorientowaniu się o wynikach śledztwa podjęli starania, żeby go z "Zamku" wydostać . Inaczej mówiąc - wykupić. Ile to kosztowało - nie wiedział. Domyślił się tylko, że część gotówki, a może biżuterii wyłożyła narzeczona, późniejsza żona, ale ile dołożyła Komenda Główna, czy też Okręg Lubelski AK - do dziś nie ma pojęcia. 27 maja 1944 r. opuścił mury "Zamku".
Wywieziono go z miejsca pod Lublin. Najpierw wykąpano, następnie odwszono, przystąpiono do intensywnego leczenia. Był w bardzo kiepskim stanie. 13 czerwca 1944 r. zawarł związek małżeński, a pod koniec tego miesiąca przeniósł się z żoną do Piaseczna pod Warszawą. Kiedy doszedł już do jako takich sił musiał przejść obowiązującą, w przypadku wyjścia z rąk Gestapo, procedurę. Przesłuchanie z udziałem prokuratora wojskowego, przedstawicieli kontrwywiadu z Oddziału II. Raczej normalne postępowanie śledcze. Żeby wyjaśnić, jak doszło do wpadki, czy nie pociągnęła za sobą ofiar w ludziach współpracujących. Okazało się, że nikt poza nim nie wpadł. Poinformowano go przy okazji, że do czasu pełnego powrotu do zdrowia zostaje urlopowany. Powiedziano także, iż oddział ma pewne plany w odniesieniu do jego osoby. - Skierujemy w inny teren, do Obszaru Zachodniego, ale o szczegółach pomówimy, jak wróci do służby.

Byłeś agentem Inteligence Serwice.

Na kilkanaście dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego zakończyło się dochodzenie związane z aresztowaniem i pobytem ppor. Edwina Schellera w łapach lubelskiego Gestapo. Decyzja brzmiała: zdrowieć i być gotowym do nowych
zadań.
Wybuch Powstania Warszawskiego zastał go w Piasecznie, a więc poza terenem walk. Żaden rozkaz o przydziale do takiego, czy innego oddziału - nie dotarł. Nie był jeszcze w pełni sił, to prawda, ale dochodzące odgłosy walk i drażniący
nozdrza swąd spalenizny, podrywały człeka do działania. I tak np. kiedy w lasach Chojnowskich znalazł się oddział "Lancy" - zgłosił się. Pierwsze pytanie brzmiało: A ma pan broń? Nie miał. W pobliskich lasach Kabackich operowała część oddziału
"Baszty", która przebiła się z Warszawy. I tam spotkał się z odmową. Nie miał broni. Przez jakiś czas wraz z żoną zajmowali się gromadzeniem lekarstw dla powstańców. Niemcy coraz bardziej nam się przypatrywali. Ratowały ich lubelskie
dokumenty. Podawali się za uciekinierów. Ale struny nie należało przeciągać. Przenieśli się zatem do Piotrkowa Trybunalskiego. Tu zastało ich wyzwolenie.
Pilnie śledził postępy wojsk radzieckich, a zwłaszcza interesowała go wiadomość czy Bydgoszcz jest już wolnym miastem. Może dwa, może trzy dni po wyzwoleniu miasta przez wojska radzieckie, także i polskie - był już w Bydgoszczy. Dojechał wraz z żoną na tendrze. Jednym z pierwszych pociągów zdążających w tym kierunku. Odnalazł rodziców. Mieszkali w niedokończonych domach pod lasem. Z dawnego mieszkania wyrzucili ich Niemcy. Przymierzając się do życia w "cywilu" przez jakiś czas utrzymywał kontakt z kierownictwem Obszaru Zachodniego Delegatury Sił Zbrojnych w kraju. Z chwilą, gdy dotarł rozkaz "Radosława" o ujawnieniu się - zameldował, że dalsza "zabawa" w wojnę nie interesuje go. Nie wyrażono sprzeciwu. I tak jak można przeczytać w dokumencie, który udało się zachować, 15 października 1945 roku spełnił obowiązek ujawnienia się w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego.
Po sześciu latach został cywilem. Koszmar wojny był już za nim. Zaczął od wędrówki po różnych urzędach, biurach, formujących się przedsiębiorstwach. Pracy niby nie brakowało, ale i jej. .. nie było. Po sakramentalnym pytaniu - co
robiliście podczas minionej wojny, odpowiadał zgodnie z prawdą. Wówczas dochodziły słowa - wpadnijcie za parę dni, zobaczymy co się da zrobić. Zaświadczenie Urzędu Bezpieczeństwa było świstkiem nie respektowanym przez tych, od których zależało przyjęcie do pracy. Naiwny myślał, że krajowi są potrzebne młode ręce do pracy. Toteż, nawet się specjalnie nie zdziwił, kiedy jakieś trzy tygodnie po ujawnieniu się - zabrano go w nocy z domu. Nie wiedział jeszcze, iż żonę zgarnięto na ulicy, tegoż dnia, po południu. Spotkali się w gdańskim więzieniu. Żona była w 5 miesiącu ciąży. Obchodzono się z nią, bez względu na jej stan. Szykanowano, bito. Skutki? Straciła dziecko i do końca życia była osobą bardzo chorą.
Siedział wyjątkowo krótko (ok. 8 miesięcy), bo tylko do 7 czerwca 1946 r. W tym to dniu znalazł się na wolności wraz z żoną i ok. 40-osobową grupą byłych żołnierzy Armii Krajowej z Komendy Obszaru Zachodniego: Poznań-Pomorze. Wraz z nim zasiedli również na ławie oskarżonych żołnierze b. "Gryfa Pomorskiego", a więc grupa tych, którzy w rejonie Kartuz i Kościerzyny, z narażeniem życia pomagali radzieckim i polskim żołnierzom, zrzuconym na tyły frontu z zadaniem zbierania informacji o silach wroga. Oskarżenie było bzdurne. Wszystkim zarzucano działanie na szkodę PRL i współpracę z Gestapo, jemu natomiast, podczas przesłuchań powiedziano wprost: "Byłeś agentem Inteligence Serwice..."
Rozprawa była w pewnym sensie kuriozalną. Toczyła się w kilka dni po procesie oprawców obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Przed sądem wojskowym. W pewnym momencie - zaskoczenie. Prokurator wycofuje akt oskarżenia. Sąd udaje się na naradę. Nie bardzo wie co robić. Po przerwie - rozprawa toczy się dalej, bez odczytania aktu oskarżenia. Odpowiadali na pytania sądu. Każdy z nich mówi - jestem niewinny. Wyrok. Zostali uwolnieni od winy i kary, zwolnieni do domów, kilkanaście minut po zakończonej rozprawie. Nie zostali natomiast zwolnieni z więzienia komendant Obszaru Zachodniego płk. Pałubicki i jego zastępca, nazwiska, niestety nie pamiętam.
Wylqdował w Szczecinie. Jesienią 1946 roku rozpoczął studia na Akademii Handlowej. Pracy nie mógł znaleźć. Poszła więc do pracy żona. W 1948 roku ukazało się w miejscowej prasie ogłoszenie Centrali Zbytu Węgla "Węglokoks". Poszukiwali ludzi znających obce języki.
Zgłosił się. Został przyjęty. Od stycznia 1951 r. przeszedł (na ich prośbę) do pracy w zarządzie portu. Został szefem działu przeładunków masowych. Po trzech miesiącach stawił się na wezwanie szefa ochrony portu. Zapytał, czy prawdą jest, iż studiuje. Odpowiedział, że tak. - To przyda się wam zapewne urlop na napisanie pracy dyplomowej. - To weźcie ten urlop, także wypoczynkowy, a przychodzić możecie tylko po pieniądze. Jeszcze dzisiaj przekażcie wszelkie papierki swojemu zastępcy. Nie dyskutował, nie miało to sensu. Powrócił do "Węglokoksu". Po czterech tygodniach pracy, życzliwy mu dyrektor - rozłożył ręce. - Rozumiecie? Rozumiał. Na jakiś czas zahaczył się w Zjednoczeniu Energetycznym Pomorza Zachodniego. Przyjęto go do księgowości. W tym też mniej więcej czasie, zaraz po wyjściu ze szpitala, aresztowano żonę. Komisja specjalna stwierdziła, że w Szczecinie brakuje makaronu. Żona pracowała wówczas w spółdzielni "Robotnik". Były rzeczywiście kłopoty z dostawami makaronu. Podaż nie nadążała za popytem. Ale - musiał być kozioł ofiarny. Pół roku siedziała. Dowiedział się później, że bezprawnie.
Wyjscie jedno. Wyjechać z tego miasta. O słuszności takiej decyzji utwierdziła go rozmowa z "Bardzo Ważną Osobą" w pewnym urzędzie. Nie kryła, że w Szczecinie nie będą mieli spokoju. No bo... rejon graniczny, port, i te de, i te de. Zlikwidowali mieszkanie i przenieśli się do Inowrocławia. Pracował w NBP, w dziale kredytów. Rok minął spokojnie. Aż nagłe - wzywa go sekretarka mówiąc - dyrektor pana prosi. Dobry fachowiec i - życzliwy ludziom człowiek. Nie owijał niczego w bawełnę. - Muszę pana zwolnić, takie otrzymałem polecenie. Jak pan musi, dyrektorze, to wszystko w porządku. Nie mam o to do pana pretensji. Do takich rozmów zdążyłem się już przyzwyczaić.
Po kilku tygodniach - sprawa się wyjaśniła. Otóż w całej Polsce zwalniano wszystkich, którzy kiedyś mieli coś do czynienia z Anglią. W centrali, czy gdzieś tam, zagnieździła się ponoć szajka szpiegowska. Z banku musiała jeszcze odejść pani, która miała pecha, iż lata-wojny spędziła w Wielkiej Brytanii. Z Inowrocławia nie wyjechał, podobało mu się to miasteczko. Ofert pracy, po zwolnieniu z banku miał bez liku. Z Zakładów Sodowych, Żupy Solnej, Infamy.
Były to spore zakłady. Odpowiadał - nie. Tłumaczył, że nie jesteście na tyle "mocni", że by mnie wybronić przed tymi, którzy w majestacie prawa, łamią je. Zatrudnił się w małej fabryczce wyrobów lutowniczych. Dobrze mu się tam pracowało.
I jak na ówczesne warunki, zarabiał też nie najgorzej.
Październik 1956 roku. Pewnego dnia - telefon ze Szczecina. Krótka rozmowa. Wracaj! Jesteś nam potrzebny. Ależ - argumentował - nie mam mieszkania, a o dwóch domach nie ma mowy. Usłyszał: nie łam się. Wszystko załatwimy od ręki. Przeniósł się do miasta, z którego musiał się wynosić w początkach lat pięćdziesiątych. Awansował na szefa wydziału eksploatacj i w zarządzie portu. I od tamtych dni mieszkał przy ul. Mickiewicza. Chyba w 1965 roku przeszedł w swej firmie do służby w inwestycjach. Miał też jakiś tam udział w opracowaniu założeń do projektu inwestycji, która miała być realizowana w naszym porcie. Zostało to zauważone. Zaproponowano mu przejście do Biura Projektów Budownictwa Morskiego. Wyraził zgodę. I w nowym miejscu pracy, mówiąc językiem młodzieżowym - też się sprawdził. Satysfakcja zatem - obopólna.
Po 1956 roku nie spotkał się już z objawami szykanowania, ale dmuchał na zimne. Nie wierzył np: iż dojdzie do skutku wyjazd na kontrakt do Indii, w ramach "Polservisu". Wytypowało go biuro i kiedy zaproponowano ten wyjazd - nie spieszył się z załatwianiem formalności. Po co - myślał - robić sobie nadzieję i myśleć o tym, czym tam będzie się w zespole zajmować, skoro miał tak zaszarganą opinię urzędową. Nieważne, iż nie zjego winy. Ba, nawet odprowadzającemu na Okęcie koledze przykazał, żeby do czasu, aż samolot nie znajdzie się w powietrzu, czekał na niego, gdyż w ostatniej chwili mogą wysadzić z tego środka lokomocji. Przez Wiedeń, Rzym, Bejrut, Teheran, Delhi dotarł do Bombaju. Tam czekało grupę specjalistów od projektowania i budowy portów oraz stoczni - 9 miesięcy wytężonej pracy. Powrócił do kraju w końcu 1968 roku.
Na emeryturę przeszedł w 1980 roku. Ale nadal pracował na pół etatu. Kiedy czasem, wspominał odległe już lata, to cieszył się, iż czasu danego nie zmarnował.

 

Edwin Scheller-Czarny, cichociemny, ppor. rez. (oficjalnie według posiadanej książeczki wojskowej w stopniu szeregowca) za działalność bojową został wyróżniony Krzyżem Virtuti Militari V klasy, za pracę zawodową - Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Złotą Odznaką Zasłużonego Pracownika Morza i innymi odznaczeniami wojskowymi i cywilnymi.
I pomyśleć, ilu takim jak Edwin Scheller ludziom, inni - także ludzie, zgotowali los obywatela II, a może III kategorii, w dawnych, miejmy nadzieję, już całkowicie minionych latach.