NL    PL link    ENG link
 


Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witWydarzeniablok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 



Franciszek Puzewicz_1

Franciszek Puzewicz ps. "Komar"


Franciszek Puzewicz ps. „Komar” to jeden z tych, których życiorys zapisany jest losem żołnierza Armii Krajowej. Mimo upływu lat każde wspomnienie wojennej przeszłości wywołuje poruszenie i łzy. Jego życiorys niewątpliwie byłby doskonałym materiałem na książkę lub scenariusz filmowy.

„Bolesnym szokiem było utracenie niepodległości Polski. W drużynie harcerskiej im. Tadeusza Kościuszki rozmawialiśmy, że „Jeszcze Polska nie zginęła” i trzeba będzie o nią walczyć. Okazja nadarzyła się szybko, kiedy armia polska uciekała na Litwę, na naszych polach była duża ilość porzuconej broni, amunicji. Wtedy zaczęła się nasza działalność konspiracyjna – zbieranie i gromadzenie broni, przechowywanie jej i konserwacja” - tak rozpoczyna się opowieść żołnierza 2 Brygady AK - „Kaziuka”. Urodzony w Gryciunach koło Mejszagoły spędzał beztroskie dzieciństwo na zabawach z braćmi (Kazimierzem i Antonim) na służeniu do Mszy św. w mejszagolskim kościele. Rodzice, nauczyciele i drużyna harcerska - to były autorytety, które kształtowały system wartości ówczesnego pokolenia. Edukację szkolną w Mejszagole zakończył na szóstej klasie, po wprowadzeniu języka litewskiego. Cała klasa odmawiała modlitwę po litewsku, ale na końcu chóralnie i głośno dodawała „Królowo Polski, módl się za nami”- nie podobało się to oczywiście litewskim nauczycielom, aby więc uniknąć nieprzyjemności, uczniowie przestali uczęszczać do szkoły.

Prawdziwe dorosłe życie nadeszło wraz z rokiem 1944, kiedy trzej bracia postanowili z działalności konspiracyjnej przejść do otwartej walki. Zawiadomienie rodziców o swojej decyzji było najtrudniejszym wyzwaniem... „Mama poprosiła nas do pokoju „gościnnego” gdzie ujrzeliśmy stół przykryty białym obrusem z pełną zastawą stołową. Odczułem silny uścisk w gardle. Czy to ma być „Ostatnia wieczerza?” Ojciec wzniósł toast (pierwszy i ostatni raz poczęstował nas wtedy alkoholem) i ze smutkiem w głosie powiedział, że już jeden syn jest w partyzantce (najstarszy Kazimierz cztery miesiące wcześniej wstąpił do oddziału „Błyskawicy”) i teraz my go opuszczamy - ale jeżeli jest taka potrzeba, to niech tak będzie. Rozmowa jakoś się nie kleiła. Mama, połykając łzy namawiała nas do jedzenia. Dziesięć dni później ojciec zginął od bomby lotniczej”.

Dla młodego, 17-letniego partyzanta zaczęło się wojenne życie. Do 18 lipca, kiedy we wsi Rakańce, sowieci podstępem odebrali żołnierzom ich ukochaną, wypielęgnowaną broń i wzięli do niewoli. „Rozbrojeni zostaliśmy spędzeni na łąkę i otoczeni ciasnym pierścieniem sowieckich żołnierzy. Byliśmy tam parę godzin. Potem ustawili nas w kolumnę marszową i pod pretekstem wypisania nam przepustek do domu poprowadzili nas do rzekomego sztabu”.

Niestety nadzieje na wolność okazały się płonne. Sowieci dość szybko zweryfikowali swoje kłamliwe obietnice – żołnierze Armii Krajowej zostali zamknięci w obozie w Miednikach Królewskich. Życie obozowe odcisnęło głębokie piętno na psychice wszystkich jeńców. Totalny chaos, brak wiedzy o tym, co dalej, brak zaufania do rządu w Londynie, który powinien się upomnieć o swoich – wszystko to powodowało apatię i zupełny brak wiary w przyszłość. „Wyczuwaliśmy intuicyjnie, że coś złego musi nastąpić. Ludzie coraz bardziej zamykali się w sobie. Staliśmy przed wielką niewiadomą, od której będzie zależeć nasz los i nasze życie”.

Przewidywania okazały się słuszne. Rozpoczęły się wywózki do Kaługi. Zdeterminowany Franciszek Puzewicz zdecydował się na ucieczkę. To kolejna dramatyczna opowieść zakończona na szczęście sukcesem. Bohater wrócił do domu, który, mimo wojennej pożogi okolicznych domostw i miejscowości, stał jak dawniej, stanowiąc w tym okrutnym świecie cząstkę normalności. Dalsze losy to nieustanna próba przeżycia kolejnego dnia. Aby uniknąć wywózki, Franciszek Puzewicz wstąpił do wojska gen. Berlinga, mimo iż dawniej sam wyszydzał tych, którzy jeszcze w obozie decydowali się na wstąpienie do armii. Cóż... „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”(W. Szymborska). 18 stycznia to dla Franciszka Puzewicza szczególna data. Tego dnia w Ostrej Bramie odbyła się pożegnalna Msza św., mimo mrozu stojący pod kaplicą żołnierze, długo modlili się, nie mając sił, aby odejść, chociaż wierzyli, że powrócą. Niestety wielu poległo, ci, co przeżyli, zostali w Polsce, tej nowej, choć nie do końca takiej, o jaką walczyli...

Franciszek Puzewicz odnalazł całą rodzinę. Obaj bracia również przeżyli (Antoni podjął dramatyczną próbę ucieczki z zesłania), także mama i siostra – wszyscy zamieszkali w Polsce. Mimo upływu lat wspomnienia rodzinnego domu, młodości i służby ojczyźnie są wciąż żywe. Aby zagłuszyć w sobie ból tęsknoty, Franciszek wraz z żoną Teresą dość często przyjeżdżają do Wilna. Odwiedzają miejsce, gdzie kiedyś stał dom rodzinny w nieistniejących już dziś Gryciunach, i zrywają stamtąd trawy, kwiaty. Suszą je i zabierają do swego domu, do Szczecina, bo w ich urodzie, zapachu jest tamta Polska...

fragment tekstu Moniki Urbanowicz z "Tygodnika Wileńskiego"

 

Wspomnienia Franciszka Puzewicza znajdziesz TUTAJ