NL    PL link    ENG link

Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witWydarzeniablok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Matuszczak Mieczysław ps. Zabój

Urodził się 25 kwietnia 1923 r. w Wilnie. Syn Stanisława i matki z domu Jacewicz.

W konspiracji od maja 1942 do lutego 1944 r. Żołnierz Oddziału "Szczerbca", który póżniej przemianowano na 3. Brygadę Partyzancką, od lutego do lipca 1944 r. Na zesłaniu w łagrach ZSRR od sierpnia 1944r. do kwietnia 1945r. Twórca i dyrygent szesnastoosobowego chóru żołnierzy kresowych Środowiska Wileńskiego we Wrocławiu.

W latach 1958 - 1971 prowadził Chór Uniwersytetu Wrocławskiego. W 1972 r. założył na Politechnice Wrocławskiej zespół kameralny "Madrygaliści Wrocławscy". W 1983 r. objął kierownictwo artystyczne reaktywowanego chóru Uniwersytetu Wrocławskiego, który prowadził do 1992 roku. Tak wspomina pana Mieczysława Jerzy Semków: 
 "Mieczysława poznałem w 1960 roku, gdy jako student III roku przyszedłem do ówczesnego Chóru Uniwersytetu Wrocławskiego. Był dla nas, młodych wówczas ludzi, niekwestionowanym znawcą muzyki, który z dużą kulturą egzekwował swoje muzyczne racje. [...]. Z czasem znaleźliśmy w nim również bliską osobę-przyjaciela, który mimo zażyłości nie obniżał swoich wymagań i skutecznie prowadził naszą śpiewającą gromadę przez całe lata 60-te. Mieczysław był człowiekiem skromnym, oddanym temu co robił tak dalece, że udawało mu się każdego roku nie tylko zatrzymać ciągle rosnącą grupę śpiewających, ale także pozyskiwać nowych chórzystów. [...]
Gdy w 1983 roku wpadłem na pomysł, by odnowić nasze aktywne uczestnictwo w chórze po kilkunastoletniej przerwie wrócić do swych młodzieńczych pasji, Mieczysław ani przez chwilę się nie wahał i stanął na czele odrodzonego zespołu. Był już wtedy wysoce doświadczonym dyrygentem, w dalszym ciągu jednak nienasyconym pasjonatem. Coraz częściej zaczęło Mu dokuczać jego słabnące serce. Kolejne zawały przeżywaliśmy razem z Nim. A gdy nadszedł najtrudniejszy moment- operacja, wówczas kilka osób oddało krew, by chociaż w ten sposób ratować Mietka. Trudną, wręcz dramatyczną dla nas wielu była sytuacja rozstania w 1993 roku, kiedy to po operacji lekarze zabronili Mu tego, co kochał całym swoim sercem- dyrygowania. Nie mógł się z tym długo pogodzić. 
W poniedziałek 27 sierpnia 2001 pożegnaliśmy Go na Cmentarzu Grabiszyńskim."

Zmarł 24 sierpnia 2004r. we Wrocławiu.

Źródła: 1. Z radością przez XX- lecie. Księga jubileuszowa Chóru Uniwersytetu Wrocławskiego Gaudium, pod red. Milicy Semków, Marii Kulewskiej, Jerzego Semków i Zofii Semków, Wydawnictwo Silesia, Wrocław 2003. 2. Jak dopalał się ogień biwaku, Danuta Szyksznian, Wydawnictwo Promocyjne Albatros, 2009.


 

Mieczysław Matuszczak - żołnierz drugiego obiegu
Opracował: Władysław Trzaska Korowajczyk

Zwykle pisze się o zasługach dowódców różnych szczebli brygad Armii Krajowej na Wileńszczyżnie. Czasami można spotkać w publikacjach wyczyny bohaterskie szeregowych żołnierzy, ale są tacy, o których wspomina się z racji funkcji, ale nie wymienia się ani pseudonimu, ani innych danych identyfikujących, do takich właśnie żołnierzy należał Mieczysław Matuszczak, powszechnie znany jako szofer gen. „Wilka”.

Po raz osiemnasty, a w Międzyzdrojach po raz ósmy, we wrześniu 2000, odbył się Zjazd Kresowych Żołnierzy Armii Krajowej. Na Wyspie Wolin spotkali się byli żołnierze AK, którzy w latach 1939-45 walczyli o niepodległą Polskę i wolną Ziemię Wileńska. Przyjechało 316 uczestników przede wszystkim byłych mieszkańców Wileńszczyzny. Niejednokrotnie, po kilkudziesięciu latach, spotykali się byli towarzysze broni. Każdy z nich to jakiś okruch najprawdziwszej historii. O jednych pisze się książki, o innych wspomina się mimochodem, występują jakby anonimowo, na drugim planie. Taką postacią jest Mieczysław Matuszczak. O kierowcy osobistym gen. Aleksandra Krzyżanowskiego ps. „Wilk” wielu pamiętnikarzy wspomina, ale niewielu pisze o Mieczysławie Matuszczaku ps. ”Zabój”.

W Międzyzdrojach niżej podpisany nagrał na taśmie magnetofonowej rozmowę z ową „drugoplanową” postacią, która była uczestnikiem i świadkiem historycznych wydarzeń. Oto relacja Mieczysława Matuszczaka „Zaboja”.

Mieczysław Matuszczak urodził się w 1923 r. w Wilnie jako syn Stanisława i matki z domu Jacewicz. Ojciec, urodzony na Ziemi Kaliskiej, był żołnierzem Wojny 1919/20 i osiadł w Wilnie pracując jako celnik. W początkach Wojny młodociany Mietek, aby pomóc rodzinie, zajmuje się handlem owocami. Wierny kucyk, dzień po dniu, ciągnął wózek z towarem na rynek. Jednocześnie chodzi do Szkoły Mechanicznej przy ul. Subocz. Już w roku 1942 włączył się w działalność podziemną. Zbierał broń, materiały wybuchowe, oporządzenie wojskowe, szkolił się.

Niedługo cieszył się swobodą. Niemcy przymusili go do pracy szofera na ciężarówkach na gaz drzewny. Za kierownicą słynnych holzgazów siedział Polak, koło niego pilnujący go niemiecki żołnierz, a inny Polak ładował pod kocioł umieszczony w skrzyni ciężarówki kawałki drewna. I tak samochód poruszał się i przewoził różne towary i materiały.

Początek pracy mógł się jednak okazać dla młodocianego kierowcy tragiczny. Grupę Polaków wywieziono do Mińska. Na dwudziestostopniowym mrozie rozebrano do naga i przez dwie godziny dokonywano odwszawiania odzieży. Nikt z nich nie ucierpiał, a nawet nie dostał kataru. Mieczysław Matuszczak szoferował na ciężarówce doskonaląc umiejętności kierowcy. Nie zaniedbywał pracy konspiracyjnej, ale grunt zaczął palić się pod nogami, a Gestapo i litewska Sauguma coraz wyraźniej deptała mu po piętach. Decyzja zapadła i Mietka postanowiono przerzucić do lasu.

2 lutego 1944 kilkunastu chłopaków zebrało się na Cmentarzu Rossa. Ruszyli, a prowadził ich „Konar” Franciszek Koprowski cichociemny.

Gdzieś koło nasypu kolejowego, okolonego zasiekami z drutów kolczastych, pojawił się ukraiński strażnik w służbie niemieckiej. „Konar” bez namysłu rozwalił mu łeb, a chłopcy, rozpraszając się i kryjąc, bez żadnych strat mimo ostrzału, pozbierali się i już razem dotarli w okolice Turgiel do Oddziału „Szczerbca”, który jeszcze nie nosił nazwy 3 Brygady Wileńskiej AK.

Mieczysław Matuszczak przyjął pseudonim „Zabój” i został przydzielony do drużyny ochrony dowódcy „Szczerbca”. Drużyna liczyła kilku ludzi, ale i sam Oddział nie miał ich więcej niż 30.

W kilka dni po „Zaboju” przyłączył się do Oddziału jego brat Marian ps. „Max”, a po następnych kilku dniach i ojciec – ps. „Trzeci”.

Osłona „Szczerbca” nie opuszczała go na krok. Razem spali w jednej chałupie, razem jedli z jednej miski. „Zabój” z całą Brygadą przechodził jej chwalebny szlak bojowy. Jednocześnie Mietek, nadzwyczaj uzdolniony muzycznie, został zapamiętany jako trębacz Oddziału.

W wiosenny dzień 1944 kilku żołnierzy od „Szczerbca" podstępem wdarło się do niemieckiego garażu w Wilnie, obezwładniło ochronę i wyjechało sześciocylindrowym „Oplem super six” do miejsca postoju Brygady. „Zabój” jako fachowy szofer został mianowany kierowcą tego wozu. Innym razem, ale w tej akcji uczestniczył już „Zabój", wdarto się do magazynu z benzyną przy ul. Mickiewicza, władowano dwie beczki na ciężarówkę i kierowca niemiecki, pod groźbą pistoletu, odwiózł ich poza rogatki miasta. Stamtąd, zmieniając kilka razy chłopskie podwody, dostarczono benzynę do miejsca postoju Brygady.

Było już ciepło, kiedy na inspekcję 3 Brygady „Szczerbca” przyjechał gen. „Wilk” komendant Okręgu Wileńskiego AK. W niczym nie przypominał legendarnego wyższego oficera. Podobny był raczej do wiejskiego chłopka, ale w okularach. Była to doskonała mistyfikacja.

Po inspekcji Szczerbiec wydał rozkaz.

- Kierowca wystąp! Odwieź komendanta!

„Zabój” zasiadł za kierownicą i pojechali. Matuszczak chciał wracać do Oddziału, do brata i ojca, ale „Wilk” go tak sobie upodobał, że został już do końca jedynym kierowcą komendanta Okręgu.

Najpierw stacjonowali w Dziewieniszkach objeżdżając poszczególne oddziały partyzanckie, a następnie przenieśli się do Wołkorabiszek, w pobliżu Rakaniec. Z miejscowego dworu gen. ”Wilk” miał kierować akcją o kryptonimie „Ostra Brama” czyli zdobycie Wilna w ramach „Burzy”. Z ciemnej, zamaskowanej limuzyny „Wilk” obserwował 6 i 7 lipca walki żołnierzy AK na północny-wschód od Wilna w okolicy Kolonii Wileńskiej i Belmontu.

Jak utrwalił się w pamięci „Zaboja” gen.”Wilk”? Był zwyczajny, nie było w nim ani krztyny zadufania. Charakteryzował się życzliwością w stosunku do podkomendnych i bezpośrednim do nich stosunkiem. Język nacechowany był dosyć silnym akcentem rosyjskim, uczył się przecież w szkołach carskich. Chodził w cywilnych ubraniach, dopiero na rozmowy z sowieckimi dowódcami założył generalski mundur. Jedni twierdzą, że uniform nosił poprzednio gen. Dąb-Biernacki, inni że gen. Kowalski.

Wilno zostało zdobyte przez Armię Czerwoną, przy wydatnym udziale oddziałów AK, 13 lipca 1944. W parę dni później sowiecki oficer łącznikowy zaprosił gen. Aleksandra Krzyżanowskiego na rozmowy z gen. Czerniachowskim dowódcą 3 Frontu białoruskiego. Do spotkania doszło w pałacyku przy ul. Kościuszki 16. „Wilk”, w asyście ułanów z Oddziału Rozpoznawczego Komendanta Okręgu, w „oplu" prowadzonym przez „Zaboja” zajechali paradnie przed pałacyk. Ta pierwsza rozmowa toczyła się w serdecznej atmosferze, pełnej zrozumienia przez stronę sowiecką. Nikt nie przewidywał bolszewickiej przewrotności, przebiegłości i podstępu. Wracając do Wołkorabiszek „Wilk” entuzjazmował się rozmową, kreśląc optymistyczne plany współpracy z sowietami. „Zabój” ma wciąż wątpliwości, czy ze strony sowieckiej prowadził je rzeczywiście Czerniachowski.

Rankiem 17 lipca sowiecki oficer łącznikowy w stopniu pułkownika przyjechał do miejsca postoju komendanta Okręgu. Naglił do pospiechu, sprzeciwił się asyście ułanów z ORKO (Oddział Rozpoznawczy Komendanta Okręgu). „Zabój” prowadził swego „opla”, w którym siedzieli gen. Aleksander Krzyżanowski „Wilk” w mundurze generalskim, mjr Teodor Cetys „Sław” cichociemny przysłany do Wilna z KG AK z Warszawy w 1942 oraz mjr Zbigniew Radzikowski „Rańcza”. Matuszczak pamięta tylko, że jechali szef sztabu i adiutant komendanta, ale nazwisk nie przypomina sobie, może zresztą ich nie znał.

Zajechali przed pałacyk przy Kościuszki 16. Oficerowie weszli do środka. „Zabojowi” sowieci nakazali wjechać na podwórko i ukryć samochód za domem. Przyskoczyli enkawudziści, rozbroili, zerwali naramienniki z naszywkami i kazali siadać. Po chwili zataczając się podszedł kompletnie pijany major sowiecki i łamaną polszczyzną powiedział, że nazywa się Wasilewski i jest z pochodzenia Polakiem. Zaczął kierowcę usilnie namawiać by wstąpił do Armii Czerwonej, ale oczywiście bezskutecznie.

Przewieziono „Zaboja” do więzienia na Łukiszkach gdzie poddano bardzo dokładnej rewizji. W ciemnej celi spotkał stolarza, którym okazał się ukrywający się profesor USB. Długie śledztwa, najpierw na Łukiszkach, a następnie na Ofiarnej w siedzibie NKGB, gdzie wszechwładnie panował płk. Rudakow.

W lutym „Wilk” doszedł do wniosku, że dalsza walka z sowieckim okupantem nie ma sensu i porozpraszani po lasach partyzanci powinni ujawnić się, w przeciwnym razie groziło by im rozstrzelanie. Do specjalnej misji zostali oddelegowani mjr Czesław Dębicki „Jarema” d-ca 3. Zgrupowania, por. Eryk Budzyński „Brankard” adiutant „Wilka” i Mieczysław Matuszczak „Zabój”. Kierowca „Wilka” nie spotkał w podobnej akcji Edmunda Banasikowskiego „Jerza”.

Penetrowali lasy, przysiółki, wioski. Napotkanych partyzantów namawiali, by się ujawnili, następnie kierowali ich do Wilna skąd mieli wstąpić do Armii Berlinga. Taką działalność prowadzili do początków lata, kiedy to sytuacja zmusiła ich do wyjazdu do Polski.

Był przełom czerwca i lipca. „Jarema”, „Brankard” i „Zabój” pod zmienionymi nazwiskami, na lewych papierach oczekiwali na Dworcu Wileńskim, w wagonach bydlęcych na przerzut do Polski.

„Zabój” jako Stanisław Jankowski, w okularach udawał kuternogę i podpierał się laską. Raz po raz zapominał, którą to nogę ma krótszą. W nerwowym napięciu oczekiwali na odjazd tych kilku wagonów.

Sytuacje życiowe są czasami zaskakujące i przekraczają granice fantazji. W tym momencie, w czasie nagrywania wspomnień Mieczysława Matuszczaka, do pokoju hotelowego weszła niespodziewanie Jadzia Zawadzka. Kiedy okazało się z kim toczy się rozmowa, jej zaskoczenie nie miało granic.

Jadwiga Zawadzka w 1945 roku pełniła obowiązki z-cy Pełnomocnika ds. Repatriacji. Jej najważniejszym zadaniem było dostarczanie „lewych” dokumentów żołnierzom AK i wysyłką ich do Polski centralnej. Ta działalność skończyła się dziesięcioma latami sowieckich łagrów. I oto w pokoju 705 Hotelu „Merlin”, po 55 latach spotkały się dwie osobowości, których losy sprzęgły się przed pół wiekiem.

To właśnie Jadzia Zawadzka, w owym lipcowym, a może czerwcowym, dniu wysyłała za linię Curzona, najpierw Edmunda Banasikowskiego, a w kilka dni później „Jaremę”, „Brankarda” i „Zaboja”. Transport, z niewiadomych powodów, nie odjeżdżał. Przez trzy dni i noce Jadwiga Zawadzka, ukryta w rumowisku, śledziła losy ekspatriantów. Wreszcie ogromna ulga, napięcie nerwowe opadło. Transport ruszył. „Jankowski” dojeżdża do Świebodzina i tam przez pewien czas mieszka. Znowu zmienia nazwisko na Wesołowski, ale kiedy ma się żenić, pod presją panny młodej, wraca do nazwiska Matuszczak, ale były to już czasy po Październiku.

Mieczysław Matuszczak uzupełnia wykształcenie i w 1964 zostaje nauczycielem akademickim, prowadząc jednocześnie kilka chórów o różnym charakterze.

Jeszcze w czasach wileńskich, chodząc do Szkoły Powszechnej nr 1 przy ul. Wileńskiej śpiewał i grał w zespole szkolnym, który prowadził Edward Ciuksza. Poziom tego zespołu musiał być wysoki, skoro parę razy występowali na żywo w Rozgłośni Polskiego Radia w Wilnie.

Mieczysław Matuszczak jest już na emeryturze, ale dalej stara się być czynny zawodowo. Na Zjezdzie w Międzyzdrojach, z wielkim profesjonalizmem uczył i dyrygował pięknymi piosenkami AK-owskimi.

PS. Jest rok 2014 Mieczysław Matuszczak nie żyje od dziesięciu lat. Wieczną Wartę pełni nadal na „oplu” wożąc śp. gen. „Wilka” po Drogach Nieba. Wizytują poszczególnych żołnierzy, drużyny, plutony, brygady Wileńskiego Okręgu Armii Krajowej, wyprężeni na baczność na Wiecznej Warcie, witają swego Komendanta.

Cześć Ich Pamięci!

WTK