NL    PL link    ENG link
 


Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witWydarzeniablok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 



Malinowski Leszek Jan

 

 

Strzepy wspomnien_Malinowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Malinowski Leszek Jan ps "Orland"

Urodził się 9 kwietnia 1925 r. w Wilnie, syn Stanisława i Janiny z Bronowskich. Rodzice wywodzili się ze środowiska ziemiańskiego.

"Mój dziadek Bolesław Malinowski był specjalistą od budowy mostów. M. in. Most Zwierzyniecki - to jego dzieło. Współpracował również przy wznoszeniu niektórych gmachów, w tym Domu Towarowego Jabłkowskich. Miał on brata Wilhelma, który pracował w Banku Ziemskim, był we władzach Browaru Szopena i był znaną w Wilnie postacią,
udzielał się społecznie, organizował różne imprezy. A jego córka Wanda, to Osterwina, żona Osterwy. A poza tym
wojewoda wileński Władysław Jaszczołd - to mój wuj, który potem został ministrem opieki społecznej.
Mój ojciec Stanisław natomiast gospodarował we własnym majątku Słobódka koło Miednik. Tam też w miednickim
kościele byłem ochrzczony. Majątek rodziców mamy, Janiny z Bronowskich, znajdował się pomiędzy Holszanami a Bogdanowem. Do pierwszej komunii przystępowałem w Bogdanowie, a pierwszą moją miłością była Ruszczycówna.
" [fragment wywiadu Ryszarda Maciejkiańca jaki ukazał się w 2003 roku w tygodniku Nasz Czas]

Do szkoły powszechnej uczęszczał w Wilnie. Były to kolejno: "Dziecko Polskie " Szkoła im. Tadeusza Czackiego
oraz Szkoła 00. Jezuitów. Do gimnazjum uczęszczał również do 00. Jezuitów. Po latach złożył hołd tym dwóm słynnym szkołom wileńskim, przygotowując i publikując obszerne monografie im poświęcone. Po zamknięciu przez Sowietów tej szkoły przeniósł się do Gimnazjum i Liceum im. Zygmunta Augusta. Egzamin dojrzałości zdał w 1942 r. na tajnych kompletach. Następnie podjął studia konspiracyjne na Uniwersytecie Stefana Batorego m.in. u profesorów: Mariana Morelowskiego, Konrada Górskiego, Tadeusza Czyżowskiego, Rajmunda Gostkowskiego, Henryka Łowmiańskiego i innych.

Był zaangażowany w działalność konspiracyjną (SZP, ZWZ, AK), której uwieńczeniem stała się służba w 3. Brygadzie Partyzanckiej AK "Szczerbca" (2 komp. 3 pluton d-ca sekcji cel. rkm) w początku 1944 roku. Uczestniczył w operacji "Ostra Brama". Po zdradzie sowieckiej został internowany w Miednikach, skąd uciekł.

"Jak się Panu udało uciec?
Otóż miałem w obozie trochę pokrwawione nogi od nowych butów, więc je zdjąłem i z obwiniętymi szmatami nogami siedziałem przy bramie. Widzę: idzie konwój po wodę. Bo w obozie studnia była wyczerpana. Wtedy coś mię olśniło, złapałem jakąś blaszaną puszkę i kulejąc – w bramę. A wartownik na mnie: "A ty taki i owaki, skorej, skorej!".
Że niby mam dopędzić konwój. Za bramą dobiegłem do pierwszego pola z żytem i dałem nura. Do wieczora tam leżałem,
a potem bocznymi drogami poszedłem w kierunku Wilna.
Unikałem głównej szosy, bo na niej Rosjanie wyłapywali, ale za Rukojniami musiałem wyjść na nią. Widzę: stoi ciężarówka. Podchodzę do szofera i powiadam, że jestem "żeleznodorożnik", że Niemcy wywieźli, że wracam, że już nie mam sił itd.
i że nie mam żadnych pieniędzy, mogę mu tylko ofiarować zapalniczkę. Popatrzył, machnął ręką i kazał wejść na ciężarówkę, gdzie siedziało już kilku Rosjan. Dojechaliśmy do Lipówki, szofer się zatrzymał: "A tiepier – mówi – budiet kontrol dokumentow, łożiteś!". Ja się położyłem, Rosjanie przykryli mnie jakimiś płachtami i tę kontrolę przejechaliśmy. Dowiózł mnie na róg Zawalnej i Trockiej, tam się zatrzymał i powiada: "A tiepier udiraj!". Znaczy – uciekaj. Z tego wywnioskowałem, że on wiedział, kogo wiezie. Ale był człowiekiem.
W każdym razie z obozu uciekłem, lecz później, w Wilnie, mnie złapali. Byłem przekonany, że jakoś przejdę cichymi ulicami, ale wszędzie chodziły trójki enkawudzistów i wyłapywały akowców. Zatrzymano mnie i zaprowadzono do komisariatu przy Kalwaryjskiej. Stamtąd też uciekłem. Tak! Bo, proszę Pana, w pewnym momencie znalazłem się sam w poczekalni
do przesłuchania, to było pierwsze piętro, i zauważyłem, że nie było krat! Otworzyłem okno i wyskoczyłem. Trochę się
tylko w krzakach podrapałem.
Później siedziałem w domu, aż przyszedł ksiądz Piotr Rymkiewicz, mój prefekt z gimnazjum, który był przez arcybiskupa Jałbrzykowskiego mianowany szefem kapelanów brygad partyzanckich, i mówi do ojca, że trzeba coś z chłopakiem,
tzn. ze mną, zrobić, bo albo trafię na Syberię, albo do Czerwonej Armii. Ojciec mówi: "Ale co zrobić?". A ksiądz: "Niech pójdzie do seminarium". To był okres, kiedy Stalin jeszcze szanował Kościół. I ja przez pół roku byłem klerykiem. Jednak po pół roku NKWD przyszło też do seminarium. Mieszkałem w jednej celi, na samej górze, z Melchiorem Meysztowiczem i myśmy uciekli: dachami, dachami, bo to stare miasto.
" [fragment rozmowy L.J. Malinowskiego z Tadeuszem Tomaszewskim z czerwca 2009 roku]

W lutym 1945 r. wyjechał transportem ekspatriacyjnym do Lublina, gdzie kontynuował studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, pełniąc tam obowiązki asystenta w Katedrze Historii Sztuki oraz ucząc w Szkole Budowlanej.
Wkrótce z polecenia Komendy Okręgu Wileńskiego AK (po jej przeniesieniu się z Wilna do Polski) był jej kurierem do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Został organizatorem i szefem komórki przerzutu z Polski na Zachód ludzi zagrożonych przez NKWD i UB, m. in. organizował przerzut Sergiusza Piaseckiego: "króla granicy i boga nocy, który stoczył się do poziomu literata polskiego" (tak o sobie mówił Piasecki).

"W jaki sposób to się odbywało?
To się odbywało w ten sposób, że dostawałem, jako unrrowskie, 6-7 studebakerów, do tego byli odpowiednio przygotowani kierowcy i mechanicy, często – wysocy rangą oficerowie. Po dzień dzisiejszy jestem zdumiony, że oficerowie w stopniu pułkownika czy majora słuchali wszystkiego, co mówiłem, i nigdy mnie nie skrytykowali. W ten sposób przewoziliśmy z Zachodu do kraju różne rzeczy, a z Polski wywoziliśmy ludzi na podstawie dwóch list, jakie otrzymywałem: jedną na Zachodzie, drugą – z komendy Okręgu Wileńskiego AK.
Miałem tutaj zaufanych ludzi (poczta, telefon w tym wypadku odpadały), którzy jechali i zawiadamiali, gdzie i kiedy
wywożona osoba musi się stawić. Jeden transport wyruszył z Warszawy, z Nowogrodzkiej, a pozostałe – z Krakowa.
Na dużym dziedzińcu kurii krakowskiej był szereg garaży, gdzie stały te niby unrrowskie samochody. Zdarzało się nawet,
że w tych garażach, na polowych łóżkach, nocowali ludzie... Dużo osób nam pomagało. Złożyłem np. w Warszawie wizytę dyrektorowi banku, bodajże rolnego, którego adres otrzymałem od jego zięcia, przebywającego w Meppen. Ten dyrektor przyjął mnie bardzo serdecznie i z kolei podał adres szefa urzędu celnego na granicy polsko-czeskiej.

Nie wiem, czy szef urzędu celnego był w konspiracji czy nie, ale kiedyśmy przyjeżdżali na granicę, on pod jakimś pretekstem odprawiał dowódcę wojskowego, żeby nam nie przeszkadzał i przeprowadzał nas do Czechów. A jeżeli chodzi
o czeską stronę, to, proszę Pana, żeby uniknąć kontroli papierów wystarczał kanister benzyny. W ten sposób wywieźliśmy około tysiąca ludzi.

A dalej, z Czechosłowacji?
Największe trudności mieliśmy z przekroczeniem granicy, której pilnowali Amerykanie. Całe to towarzystwo wyjeżdżało
pod fałszywymi francuskimi nazwiskami: jako Francuzi i Belgowie, wywiezieni na Wschód przez Niemców na przymusowe roboty. Amerykanie czasem wyrażali wątpliwości, czy to istotnie Francuzi, ale jakoś udawało się sprawę załatwić.
Największe trudności, pamiętam, były w przypadku ostatniego transportu, które udało się nam pokonać w sposób typowo polski. Amerykanin na granicy wciąż mówił: "Nie, nie, nie!". Ja angielskiego nie znałem, więc jeden z moich współpracowników, znający ten język, podszedł do tego amerykańskiego dowódcy z butelką wódki, ten popatrzył na butelkę i znowu pokręcił głową, że nie. Wówczas współpracownik uderzeniem w dno butelki odkorkował ją – wtedy były korki, które wyskakiwały od uderzenia – i pociągnął z butelki. Potem podał ją Amerykaninowi, ten też pociągnął i straszliwie się rozkaszlał. Dano mu kawał kiełbasy, wszyscy zaczęli się śmiać, łącznie z amerykańskimi wojskowymi. Wtedy ten dowódca machnął ręką i puścił nas."
[fragment rozmowy L.J. Malinowskiego z Tadeuszem Tomaszewskim z czerwca 2009 roku]

Od jesieni 1946 r. zamieszkał w Bydgoszczy, skąd dojeżdżał na zajęcia w UMK i KUL. W 1950 r. uzyskał dyplom magistra historii sztuki w Lublinie, a w parę miesięcy później - magistra filologii polskiej w Toruniu. W latach 1947 - 1977 pracował w szkolnictwie średnim Bydgoszczy jako nauczyciel IV Państwowego Licem Żeńskiego, dyrektor, naczelnik wydziału w Kuratorium, wice kurator.

Malinowski Leszek 1949
Gwiazdka 1949 roku w IV Licem Żeńskiem. Czwarty od prawej - Jan Malinowski.


Do żadnej partii nie należał i w życiu politycznym tamtych lat udziału nie brał. Od 1958 do 1995 r. wykładał także w wyższych szkołach pedagogicznych - po doktoracie (1962 ) - na stanowisku docenta.

Jest autorem ponad 100 publikacji o tematyce ogólnopolskiej, wileńskiej i bydgoskiej. Od lat pracuje społecznie: jest założycielem i wieloletnim prezesem zarządu Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, założycielem i prezesem
oddziału bydgoskiego Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej, redaguje i wydaje "Wileńskie Rozmaitości",
Książki Biblioteki Wileńskich Rozmaitości, "Pamiętnik Okręgu Wileńskiego AK". Założyciel i pierwszy prezes Środowiska Wileńsko - Nowogródzkiego Światowego Związku Żołnierzy AK w Bydgoszczy, przewodniczący Komisji Historycznej Okręgu Wileńskiego ŚZŻAK, członek Komisji Historycznej Zarządu Głównego ŚZŻAK i innych.

"... chciałbym Pana, jako najbardziej zasłużonego wydawcę - Wilnianina, który przez wiele lat od pierwszego numeru redaguje i wydaje "Rozmaitości Wileńskie", jednocześnie dając życie dla około 80 książek, poświęconych historii Ziemi Wileńskiej i jej ludziom w okresie międzywojennym, wojennym oraz ich powojennym losom zapytać - jak to się zaczęło?
Był to zdaje się rok 1989, kiedy to Elżbieta Feliksiak zorganizowała w Białymstoku pierwszą międzynarodową konferencję wileńską. I rzeczywiście - przyjechali ludzie z całego świata. Z tej okazji mój kolega z wileńskiego Gimnazjum Zygmunta Augusta, mieszkający w Białymstoku Witold Czarnecki, profesor architektury, wydał "Głos Kresowy". Pomyślałem wtedy sobie - oni w Białymstoku mogą, a my w Bydgoszczy nie? Wróciłem do Bydgoszczy, zwołałem Zarząd Towarzystwa Przyjaciół Wilna i Ziemi Wileńskiej, któremu przewodniczyłem, i zaproponowałem rozpocząć wydawanie "Rozmaitości Wileńskich". Zarząd poparł pomysł, ale bez przekonania, bowiem nie mieliśmy pieniędzy. Tym niemniej złożyłem teksty i zacząłem odwiedzać swoich uczniów z gimnazjum, przyjaciół i znajomych, którzy mieli do czynienia z poligrafią, kopiowaniem - i w ten sposób, dzięki życzliwości ludzi, ukazały się pierwsze cztery strony "Rozmaitości Wileńskich".
I tak się zaczęło. Ludzie się zainteresowali, zwiększyliśmy objętość, zaczęliśmy zamieszczać zdjęcia. A jednocześnie wydawaliśmy książki.
Mniej więcej po roku działalności wydawniczej napisał mój dowódca z AK, abym spróbował wydać "Słownik AK". Argumentacja, że gdy my odejdziemy, to trudno będzie coś podobnego zrobić - była jak najbardziej przekonywująca.
Stąd właśnie w "WR" pojawiła się wkładka, zawierająca kolejne i kolejne nazwiska i życiorysy żołnierzy Armii Krajowej. Później na dodatek mnie zaprzęgli do pracy w zarządzie Okręgu Wileńskiego AK i w związku z tym zacząłem wydawać "Pamiętnik Wileński". Uważam, iż jest to dalszy ciąg mojej służby w 3 Brygadzie, tylko że zamiast broni w ręku mam
teraz pióro."

Posiada wiele odznaczeń, medali i orderów: Krzyże - Kawalerski, Oficerski i Komandorski OOP, Złoty Krzyż Zasługi,
Krzyż Armii Krajowej, Krzyż Partyzancki, Medal Wojska i inne. Leszek Jan Malinowski jest niestrudzonym propagatorem
i miłośnikiem Wilna i Ziemi Wileńskiej. Autorem i redaktorem wielu publikacji, które weszły jako poważne pozycje do literatury. Dzięki tej pasji i niestrudzonej pracy społecznej, zostaną zachowane dla potomnych dzieje Wilna i Wileńszczyzny.

Leszek Jan Malinowski w ostatnim okresie życia spisywał swoje wspomnienia. Zmarł w Bydgoszczy 6 marca 2010 r. Staraniem Biblioteki Wileńskich Rozmaitości wydano jego "Strzępy wspomnien".