NL    PL link    ENG link
 


Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witWydarzeniablok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

Fryze Jerzy 19

Jerzy Fryze ps. Czarny, Kmicic

Jerzy Fryze urodził się w 1929 roku w Kowlu na Wołyniu. Jego dzieciństwo zostało przerwane wybuchem II wojny światowej. Miał wtedy tylko 10 lat. Nie było to jednak przeszkodą, gdyż od początku wojny był związany z ruchem oporu. Ukrywając swój prawdziwy wiek, razem ze starszymi kolegami był członkiem tajnego zespołu harcerskiego, który był pośrednio powiązany z Armią Krajową. Nastolatkowe zajmowali się głównie penetracją niemieckich pociągów wracających z frontu wschodniego. Przyjeżdżali nimi na urlop żołnierze niemieccy. Pod pretekstem pomocy w przenoszeniu bagaży okradali Niemców z amunicji, zdobycznej broni krótkiej i innego sprzętu małych gabarytów, by nikt nie przywiązywał zbyt dużej wagi do zaginionych przedmiotów.  W 1943 roku rodzina Fryze przeniosła się do Lublina.

W kolejnych miesiącach razem z kolegami z gimnazjum im S. Staszica w Lublinie założył Tajną Organizację Wojskową. Powodem tego działania była niechęć z pogodzeniem się z utratą niepodległości. Wkroczeniem nowego sowieckiego okupanta na tereny Rzeczypospolitej. Sprawę traktowali z młodzieńczym zapałem.

Teraz albo nigdy! Jeżeli teraz się poddamy, nigdy nie będziemy wolni.
Z walki rezygnują tylko tchórze!

W zanadrzu posiadali oni skromny zapas broni i serca wypełnione gniewem do nowej okupacji. Nie była to już dziecinna zabawa, z patykiem w ręku na wroga iść. Prowadziło ich umiłowanie wolności, odwaga i patriotyzm. Młodzi chłopcy starali się być jednak ostrożnymi w swoich działaniach. Czuli się zobowiązani do służby Polsce i pragnęli poświęcić siebie samych swym ideom.

Dla Armii Krajowej kolportowali ulotki, zdobywali oryginalne dokumenty, a z czasem sam „Czarny” wyspecjalizował się w fałszowaniu wszelkich niezbędnych dokumentów, między innymi pozwolenia na broń dla siebie i swoich kolegów. Nie zapominali jednak o swoim najważniejszym    celu – walce zbrojnej. Dozbrajali się więc, gdzie tylko mogli.

W maju 1945 roku „Czarny” rozpoczął nowy rozdział swojego życia w oddziale 2 kompani „Juranda” pod zwierzchnictwem „Zapory”. Wtedy też komuniści ogłosili tzw. „amnestię dla bandytów z lasu”. Sam Hieronim Dekutowski „Zapora” wydał rozkaz do ujawnienia się. Jednak, gdy okazało się, że tzw. „amnestia” miała na celu podstępnie zlikwidować podziemie, postanowiono kontynuować dalej walkę. Podobna sytuacja miała miejsce na terenie całego kraju. Postąpił tak również „Czarny”, odtąd używając także pseudonimu „Kmicic”.

Nastoletni Fryze dalej pełnił funkcję łącznika. Na polecenie swojego zwierzchnika „Juranda” prowadził punkt kontaktowo – przerzutowy i przechowywał broń. Najtrudniejszym zadaniem „Kmicica” było wówczas wykonanie wyroku śmierci z polecenia „Zaporczyków” na groźnym agencie urzędu bezpieczeństwa. Z troski o rodzinę przez cały czas ukrywał przed bliskimi swoją działalność w podziemiu. Prywatnie dalej uczył się w gimnazjum. Wszystko trwało do czasu…

Przesłuchanie

11 maja 1946 roku. 17 – nastoletni łącznik Jerzy Fryze „Kmicic” szedł na spotkanie służbowe. Był ubezpieczany      w odległości 20 m przez swojego kolegę „Żbika”. Nagle z budynku wybiegło dwóch ludzi, którzy w dyskretny sposób przystawili mu pistolety do boków i kazali wejść do bramy. „Żbik” sytuację zinterpretował w ten sposób, że po „Kmicica” wyszli jacyś swoi. Tak naprawdę dwóch nieumundurowanych funkcjonariuszy bezpieki rewidowało młodego gimnazjalistę, któremu nie wyjaśnili kim są i o co im chodzi.

„Kmicic” miał przy sobie broń, ale również idealną podróbkę pozwolenia. Miał przy sobie kilka map za co mógł być podejrzewany o działalność konspiracyjną. Żywił jednak nadzieję, że to musi być jakaś pomyłka. Po chwili zaprowadzono go do samochodu i dopiero wtedy uświadomił sobie, że padł ofiarą wsypy.

Został zabrany na przesłuchanie na ul. Spokojną. Był przesłuchiwany przez rosyjskiego oficera NKWD. By zmusić nastolatka do mówienia bito go aż do momentu, gdy po uderzeniu w żołądek zwymiotował. Wtedy oficer kopnął go z ohydą w krocze z taką siłą, że stracił przytomność. Kiedy  obudził się na podłodze, mokry od wody, którą go cucono, oprawca pochylił się, chwycił za bluzę zwijającego się z bólu nastolatka i postawił na nogi. Darł się wściekle – KONTAKTY, PSEUDA, ADRESY! Młodzieniec przez ból wydawał się być obojętny na to co go otacza. Po pewnym czasie wszedł inny oficer i kazał ze znudzeniem przyglądającym się temu okrucieństwu agentom urzędu bezpieczeństwa zabrać  chłopaka.

Była noc, przewieziono go na ulicę Krótką, gdzie został przekazany w ręce innym oficerom. Na wejściu został znokautowany przez nowego oprawcę, który zrobił to dla zmiękczenia nastolatka. Po ponownym ocuceniu został wciśnięty w fotel i zaczęło się formalne przesłuchanie. Powtórzyły się wcześniejsze pytania o kontakty i adresy swoich kolegów. „Kmicic” podał nazwiska kilku kolegów z organizacji wiedząc, że ustalenie ich współpracy bez jego pomocy, będzie tylko kwestią czasu. Oficer wyszedł i wrócił po pewnym czasie z kartką. Widniały na niej nazwiska kilku współpracowników z konspiracji. Ku uciesze Fryzego oprawca wypytywał o ich obecne miejsce pobytu. Oznaczało to, że „Żbik” ostrzegł kolegów o aresztowaniu. Negatywne odpowiedzi doprowadziły przesłuchującego do furii. Wrzeszczał, przeklinał, ubliżał i groził nastolatkowi pistoletem, który co chwilę przykładał mu do głowy, ze słowami – to Twój koniec.

„Kmicic” znajdował się w bolesnym transie, w którym ciężko było zebrać myśli. Krzyki, groźby i ból jaki odczuwał przyczyniał się do coraz większej obojętności na sprawy bieżące. Pomimo to z pytań oficera wywnioskował, że ten kto go wsypał, znał tylko część faktów. Nie potrafił jednak dojść do tego, kto zdradził, co ułatwiłoby mu linię obrony. Co jakiś czas do pokoju wchodził inny oficer szepcąc do drugiego.  Na twarzy śledczego rysowała się ponura irytacja co pocieszało choć trochę Jerzego – pewnie moi koledzy dali nogę. Chłopak został wrzucany nad ranem do piwnicy bez okna, ale tak zawilgoconej, że po ścianie ciekła woda. „Kmicic” zasnął obolały i przerażony.

Śledztwo trwało kilka tygodni i towarzyszyły mu bicie i rozmaite tortury fizyczne i psychiczne. Od bardziej drastycznych tortur uratowała go pieczątka Tajnej Organizacji Wojskowej. Śledczy nie byli na tyle błyskotliwi by szukać powiązania z Ruchem Oporu Armii Krajowej a później WINem co miało miejsce a mogło pogorszyć sytuację nastolatka. Nie wydało się również że jest członkiem Armii Krajowej.

Wyrok i odsiadka

Według oficera śledczego „Kmicic” miał wystarczająco grzechów by otrzymać karę śmierci, skończyło się jednak na wyroku dożywotniego więzienia z uwagi na młody wiek oskarżonego. Za pół roku skończyłby 18 lat. Jednym      z głównych zarzutów było wcześniej wspomniane zabójstwo wysoko postawionego urzędnika bezpieki w marcu 1946 roku. Po zakończeniu śledztwa i wyroku skazującym „Kmicic” trafił na Lubelski Zamek. Stara budowla przed wojną była muzeum, podczas wojny więzieniem gestapo. Od wkroczenia Rosjan więzieniem politycznym, mówi się , że najcięższym.

Ku swojemu zaskoczeniu „Kmicic” spotyka swojego starego dowódcę „Juranda” i kolegów, którzy ujawnili się  w tzw. „amnestii”. Dla wspólnego dobra uzgodnili, że wcześniej się nie znali. Wszyscy byli ubrani w to w czym zostali złapani, nie mieli nic więcej. Warunki były przerażające. Nastolatek trafił do celi, w której przebywały łącznie 274 osoby na powierzchni około 120 m2. Co dawało około 0,5 m2 na więźnia. Na szczęście osadzonych znajdowała się tam drewniana podłoga. Posiłek pobierany był w puszkach po konserwie. Jedna puszka przypadała na 3, dlatego koledzy musieli jeść szybko żeby przekazać puszkę dalej. Okna były otwarte cały czas, niezależnie od pór roku i warunków na zewnątrz. Miejsce pod oknem przypadło „Kmicicowi”. Podłoga w nocy była wprost wybrukowana śpiącymi. Miejsca było tak mało, że każdy musiał spać na boku. Obrót na drugi bok odbywał się na komendę co kilka godzin. Wszyscy mieli nadzieję na przeniesienie do więzień karnych. Gorszych warunków nie mogło być już nigdzie. Każdy modlił się w duchu, żeby tylko nie trafić na Syberię. Po pewnym czasie więźniów szykowano do transportu do innych więzień. Na pożegnanie każdy został sadystycznie skatowany.

Fryze  został przewieziony do Wronek, które do dziś cieszą się sławą najcięższego więzienia w Polsce. Więźniowie odkonwojowani na dziedziniec, zostali posadzeni na kamiennym bruku. Mieli siedzieć w ulewie z rękoma na głowie przez kilka godzin. W końcu pojawił się komendant więzienia, który oznajmił :

Wy tu nie przyjechaliście do sanatorium. Jesteście tu po to żeby was zgnoić!

Następnie po zrewidowaniu i przebraniu więźniowie zostali przepuszczeni, przez tak zwaną ścieżkę zdrowia. Był to rytuał przez, który przejść musiał każdy nowo osadzony. Cały przybyły transport był bity i pędzony jak bydło do cel. Bardziej schorowani i Ci w podeszłym wieku często padali na ziemię i byli okładani pałkami do nieprzytomności.

W przedwojennych pomieszczeniach, które służyły za karcery upychano po 6 do 7 więźniów. Po kilku dniach pod pretekstem przeciwdziałania spiskom wśród osadzonych, mieszano ich tak, by nikt nikogo nie znał. Takie porządki odbywały się co 3 miesiące i zawsze w celi znajdował się jeden konfident. Rozpoznanie go było bardzo trudne, wywoływało to wzajemną nieufność, poczucie niepokoju. Gazety, papier i ołówki były surowo zabronione. Za dobre sprawowanie możliwe było jedno widzenie i jeden list w miesiącu. Wyżywienie było bardzo koszmarne, jego jakość i świeżość pozostawiała wiele do życzenia. Często posiłki, między innymi kasza, były urozmaicone robactwem, tak licznym, że trudno było się go pozbyć. Na początku posiłkom towarzyszyły odruchy wymiotne, z czasem jednak zagłodzeni i wyczerpani więźniowie przyzwyczaili się do narzuconej im diety.

„Kmicic” przez pierwsze dwa lata swojej odsiadki nie widział na oczy żadnych książek. Gdy pojawiły się, były to dzieła komunistów, między innymi Lenina. Upowszechnianie literatury przynosiło jednak odwrotny efekt do zamierzonego przez władze. Więźniowie tak dobrze je przestudiowali, że znajdowali wiele nieścisłości i drwili z paradoksalnych idei Związku Radzieckiego, które doświadczali na sobie od lat. Władze więzienia wściekły się na postawę osadzonych, co doprowadziło do zarekwirowania wszystkich książek. Po kilku miesiącach jednak, ku wielkiemu zdziwieniu książki pojawiły się z powrotem. Nie było już wśród nich książek o ideologii komunistycznej.  Asortyment był bardzo urozmaicony, od czytanek dla przedszkolaków, po wybitne opracowania naukowe. Często do więźniów trafiały również książki zakazane przez sowiecką cenzurę. Strażnicy i kapusie nie podejmowali jednak nawet trudu sprawdzenia ich treści.

Wolność

Jerzy Fryze wyszedł na wolność w 1956 roku, po 10 latach i 1 miesiącu odsiadki. Miał 27 lat. Skierował się do Szczecina. Tu po wojnie przeniosła się jego rodzina. Rodzice zatajali w dokumentach jego istnienie, obawiając się represji. Przeszłość utrudniała Jerzemu znalezienie dobrej pracy, a  staranie się o wykształcenie wyższe niż średnie było wykluczone. Ukończył szkołę średnią w przyśpieszonym trybie. Zatrudnił się w Administracji Domów Mieszkalnych, szybko pnąc się po szczeblach kariery zawodowej.

W 1967 roku ukończył zaocznie politechnikę. W 1972 roku otrzymał stanowisko kierownika odbudowy Zamku Książąt Pomorskich i nominację na naczelnego inżyniera Pracowni Konserwacji Zabytków w Szczecinie. Skreślony z listy karanych, 16 lat po odsiadce mógł rozpocząć normalne życie. Po upadku komunizmu odznaczony Krzyżem Armii Krajowej oraz Krzyżem Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego.

Zmarł w 1994 roku w Szczecinie. Jego mogiła znajduje się na Cmentarzu Centralnym.

Autor: Mariusz Trumpiel