NL    PL link    ENG link

Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witAktualnościblok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ZBRODNIA ELIT: ZAPOMNIELI O POLSKICH KRESACH - Marcin Hałaś

W kraju działa kilka prężnych i doinwestowanych Muzeów Kresów Wschodnich. Przedstawiają one historię „ziem utraconych” zgodnie z polityką historyczną i racją stanu własnego państwa. Przypominają o dziedzictwie swego narodu na tych ziemiach i prawach swojego narodu do tych ziem. Powiedzą Państwo – to pobożne życzenia, science fiction. Nic z tych rzeczy – takie muzea Kresów Wschodnich istnieją i prężnie działają. Tyle, że w Niemczech, a obszarem ich zainteresowania pozostaje Śląsk.

Żeby powstało nowoczesne i potrzebne muzeum, wystarczy wola oraz determinacja jednego polityka. Dowodzi tego przykład Lecha Kaczyńskiego i Muzeum Powstania Warszawskiego. Ta placówka we wspaniały sposób dokumentuje i przybliża bohaterską walkę powstańców oraz niewyobrażalną ofiarę krwi i cierpienia, jaką musiała w tych 63 dniach złożyć nasza Stolica. Z całym jednak szacunkiem dla walki Warszawy – warto uzmysłowić sobie, że w czasie drugiej wojny światowej o wiele większej hekatomby doznały polskie Kresy. Tam wybito więcej ludzi, zniszczono więcej miast. Różnica jest jedna – Kresy krwawiły przez cały okres wojny, począwszy od 17 września 1939 r.
Przy całym niedoinwestowaniu polskiej kultury – można w naszym kraju szybko budować nowoczesne muzea. I nie chodzi tylko o MPW. W Katowicach właśnie „wyrychtowano” wzniesiony przy znaczącym udziale funduszy unijnych nowy, supernowoczesny gmach Muzeum Śląskiego. Muzeum Historii Żydów Polskich powołano do życia w roku 2005, a 8 lat później oddano do użytku jego siedzibę na Muranowie, zaprojektowaną przez fińskiego architekta Rainera Mahlamäkiego. Całość kosztowała 320 mln złotych. Muzeum Sztuki Nowoczesnej ma być gotowe za 5 lat, a koszt jego budowy dzisiaj szacuje się na 270 mln złotych. Tymczasem w ciągu ćwierćwiecza ponoć „wolnej” Trzeciej Rzeczypospolitej nie powstało Muzeum Kresów Wschodnich. A przecież wraz z zabraniem nam Kresów utraciliśmy 1/3 powierzchni kraju, około 200 miast.

W wyniku drugiej wojny światowej Polska straciła prawie połowę (około 45,7 proc.) swego terytorium sprzed konfliktu, czyli 177,8 tys. kilometrów kwadratowych. Linię granicy przesunięto o około 250 km na zachód – z rzeki Zbrucz na Bug. Z 17 przedwojennych województw straciliśmy w całości lub prawie w całości siedem: nowogródzkie, poleskie, wołyńskie, wileńskie, lwowskie, stanisławowskie i podkarpackie. Pisał profesor Stanisław Sławomir Nicieja: „Władysław Jan Grabski, pisarz (syn premiera, twórcy twardej, wymienialnej polskiej waluty w II Rzeczypospolitej), stwierdził swego czasu, że Polska w wyniku II wojny światowej i przesunięcia granic na zachód straciła około 200 miast na wschodzie. A gdyby dodać te, które nie znalazły się w granicach odrodzonej Polski po trakcie ryskim z 1921 r., jak choćby Kamieniec Podolski czy Żytomierz, to byłoby ich jeszcze więcej”.

Nie da się ukryć: współczesna Polska przypomina człowieka, któremu usunięto jedno płuco. Było to tak dawno temu, że pacjent nie pamięta już o tej operacji i stara się żyć normalnie. To normalne życie nawet jakoś mu wychodzi – dopóki nie przyjdzie do prób wydolnościowych albo startu w zawodach sportowych. Bo próby wydolnościowe wypadają fatalnie, a w biegu nie ma żadnych szans w konkurencji z pełnosprawnymi zawodnikami. Dlatego utworzenie Muzeum Kresów Wschodnich wydawało się w sensie kulturowym i polityki historycznej jednym z najpilniejszych zadań, jakie powinna podjąć Polska po odzyskaniu suwerenności. Nic takiego się nie stało – co więcej, społeczne inicjatywy w tym zakresie, za którymi stali także naukowcy o uznanym dorobku, spotykały się z absolutną obojętnością rządzących.

W rezultacie sami nie wiemy, co straciliśmy. Proszę zapytać przeciętnego polskiego studenta, gdzie leżą takie miasta, jak Skole, Kosów, Kałusz, Bolechów, Kuty, Podhorce, Żabie, Jaremcze, Worochta, Brzeżany. Trudno im będzie je umiejscowić, trudno powiedzieć o nich choć kilka słów. Oczywiście można wszystko skwitować stwierdzeniem, że dzisiaj studenci są generalnie niedouczeni. Jednak chodzi o coś więcej – świadomości utraconego dziedzictwa i skarbu Kresów nie mają także ci, którzy uchodzą za elitę. Jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku Jerzy Janicki opowiadał anegdotę o dziennikarce ogólnopolskiego pisma, która przeprowadzała z nim wywiad. Janicki rzekł jej coś w ten deseń: „Gdzie się nie odwrócę, spotykam kogoś z Kresów. Ten ze Lwowa, tamten z Podhajec”. W druku ukazało się: „Ten ze Lwowa, tamten spod Hajec”. Nie należy sądzić, że od tamtego czasu wiele się zmieniło. Polska sama zrezygnowała z połowy swego dziedzictwa.

Można zadać pytanie: dlaczego tak się stało? Odpowiedź będzie prosta: zabrakło woli politycznej. Od 1989 r. polska polityka wschodnia oparta jest o paradygmaty wypracowane przez Jerzego Giedroycia. Niestety, polscy politycy nie zauważyli, że sytuacja jest dynamiczna, a dzisiaj trzymanie się rojeń Giedroycia przypomina trzymanie się przez tonącego… kamienia młyńskiego. Tym samym konsekwentnie uprawiamy bardzo „dupowatą” politykę wschodnią. Słowo „dupowatość” jest tutaj jak najbardziej uzasadnione, gdyż wszystko zasadza się na „per rectum”: my naszym wschodnim sąsiadom do tyłka wchodzimy, oni nas – w tyłek kopią.

W 2011 r. opublikowałem w „Gazecie Polskiej”, redagowanej przez Tomasza Sakiewicza, tekst zatytułowany „Lwowa trzeba bronić”. Zaczynał się od słów: „Być może nie zdajemy sobie z tego sprawy: obrona Lwowa wciąż trwa. Tym razem jest to obrona pamięci i prawdy historycznej. Co ciekawe – bronić trzeba w pierwszym rzędzie przed polskimi badaczami, którym brakuje dobrej woli, wyobraźni lub zostali nieuleczalnie zarażeni pałeczką poprawności politycznej”. Podawałem przykład Muzeum Fotografii w Krakowie, które zdjęcia zrobione Polakom przez polskich fotografów w polskim Lwowie pod zaborem austro-węgierskim kataloguje słowami: „Lwów Ukraina”. Przy okazji cytowałem wypowiedź jednego z największych polskich kolekcjonerów dawnej fotografii, który porównywał sytuację polską i niemiecką: „Niemieckie muzea na przykład zawsze w opisach swoich zbiorów dokładnie podkreślają ich miejsce powstania (Danzig, Kattowitz, Kolberg, Tiegenhof itp.), zaznaczając przy tym, że są to obecnie miejscowości znajdujące się na terenach Polski”. Czyli – Niemcy podkreślają, że miejscowości kiedyś niemieckie „obecnie” znajdują się na terytorium Polski. Natomiast Polacy, polscy muzealnicy określają polskie miasta jako „zawsze” ukraińskie. Nawet wówczas były ukraińskie, kiedy o Ukrainie się nawet dzieciom ruskim (od rzeczownika: Rusin, dziś: Ukrainiec) nie śniło. Dopowiedzmy: w Niemczech działa dziś kilka „silnych” muzeów śląskoznawczych. Na tyle silnych, że swoje wystawy prezentują w Polsce. W naszym kraju nie ma ani jednego muzeum kresowego.

Niestety jest coraz gorzej. Dzisiaj zapewne tekstu „Lwowa trzeba bronić” nie wydrukowałaby „Gazeta Polska”, która – takie odnoszę wrażenie – ze Strefy Wolnego Słowa przeszła do strefy ukraińskiego słowa. Trzy lata temu w poincie artykułu opublikowanego w „Gazecie Polskiej” pisałem: „Tak naprawdę Ukraińcy nie muszą przeznaczać żadnych środków na propagowanie ich punktu widzenia oraz ich racji w Polsce. Zapewne dobrze wiedzą, że zawsze znajdą się Polacy gotowi robić to sami, za swoje pieniądze”. Obecnie Ukraińcy nadal nie muszą szerzyć swojej polityki historycznej w Polsce – gorliwie robią to za nich także Targalski z Sakiewiczem i młodym Wildsteinem na doczepkę.

Warto podkreślać i edukować: wojenna hekatomba Kresów była – w liczbach bezwzględnych utraconej ludności cywilnej – nieporównywalnie większa niż hekatomba Warszawy. I na Kresach straciliśmy znacznie więcej – 200 miast bezpowrotnie. A Warszawę mimo wszystko odbudowano. I po 60 latach powstało w niej Muzeum Powstania Warszawskiego. Co więcej – polskie kresowe miasta nadal krwawią, gdy Ukraińcy rugują stamtąd ślady polskiej przeszłości, gdy bezpowrotnie już niszczeją polskie zabytki i cmentarze.
O Kresach utraconych, o tych 200 miastach, o ponad milionie zamordowanych i wywiezionych stamtąd Polaków, o tym wszystkim, o czym polskie elity dziś zapomniały – będziemy systematycznie przypominać na łamach zarówno „Warszawskiej Gazety”, jak i tygodnika „Polska Niepodległa”. Sprawa jest poważna. Proszę jednak pozwolić, że zakończę tonem półżartobliwym. Istnieje jeszcze jedno wytłumaczenie, dlaczego w ciągu ćwierć wieku nie udało się zbudować Muzeum Polskich Kresów Wschodnich. Bo trzeba by wznieść nie jeden gmach, ale kilkadziesiąt. Może więc zamiast budować muzea – lepiej odzyskać Kresy?


Żródo: http://www.warszawskagazeta.pl