NL    PL link    ENG link

Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witAktualnościblok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KAK w POLSZE, czyli jak dyrektor kołchozu pokonał sołtysa

Kościół wzniósł na Białorusi kilkaset świątyń. Wydaje legalnie 7 czasopism, w tym w języku polskim. Nie ma najmniejszych problemów z władzą. Wręcz przeciwnie, obawia się niefortunnej sukcesji po Łukaszence. Jak Białorusini traktują mieszkających tam Polaków? Nie ma litewskiego szowinizmu, nie ma też ukraińskiej nienawiści. Niejednego to zaskoczy, ale to najbardziej przyjazna Polakom nacja na Wschodzie. I gdyby nie głupia "zadyma" problem polskiej mniejszości w ogóle by się nie pojawił.

O Białorusi mówi się niewiele, a nawet nic. Ale nie zapominajmy o niej, bo to sąsiad bardzo ważny, a jej mieszkańcy nie są nam obcy. Z uwagi na setki tysięcy żyjących tam Polaków polityka wobec tego kraju powinna być dziełem dogłębnie przemyślanym, wręcz finezyjnym. Tymczasem obnaża całą nędzę polskiej dyplomacji. Bo Polska z Białorusią źle gra. Gdy Łukaszenko przegonił z Mińska fundację Sorosa i odmówił Chodorkowskiemu sprzedania za bezcen swego przemysłu, pojawiły się pohukiwania amerykańskich mediów. Bo trzeba wiedzieć, że dla ludzi o mentalności handlowej białoruski przemysł i infrastruktura, nietknięte ręką prywatyzacji, oraz potencjał tkwiący w tzw. własności żydowskiej w przedwojennej polskiej części obecnej Białorusi jest kąskiem niezwykle łakomym. Kto za tym stał? Bez wątpienia ośrodek skupiony wokół Sorosa oraz neokonserwatyści, czyli amerykańscy trockiści. Polska (a ściślej biorąc tacy Polacy, jak Geremek, Rotfeld, Meller i dziś Sikorski) dała się użyć jako pionek w rozgrywce, a jako narzędzie obrała białoruskich Polaków. Gdy w 2005 r. Soros wydał komendę "zrobić porządek" wykonując jego rozkaz, poderwali Związek Polaków na Białorusi, który stanął na czele nieistniejącej opozycji. Celem awantury nie była przy tym obrona mniejszości polskiej, wolność i demokracja, lecz zdetronizowanie Łukaszenki. Wojenna retoryka przynosiła w rezultacie coraz to nowsze sankcje nakładane na Polaków. Doszło do sytuacji, gdy premier publicznie podjudzał jednych przeciwko innym a tych innych, niewłaściwych umieszczał na czarnej liście i zakazywał wjazdu do Polski. Naruszono przy tym zasadę: związek mniejszości winien kategorycznie odżegnywać się od polityki, zajmować wyłącznie kultywowaniem kultury i języka, być lojalnym członkiem wspólnoty, w której żyje. Zignorowano też oczywistość, że dla Polaka na Białorusi parametrami polskości są związki z polską kulturą i językiem, a nie z Tuskiem.

A propos "finezyjnej dyplomacji". Gdy w 2006 r, po udziale w opozycyjnej pikiecie, zatrzymano przebywającego tam w charakterze turysty byłego ambasadora RP w Mińsku, finezyjną dyplomacją popisał się ówczesny premier Marcinkiewicz. Stojąc na trotuarze przed swym urzędem, z twarzą zwróconą na wschód, wołał: "Łukaszenko, wypuszczaj natychmiast mojego dyplomatę". Inny dyplomatyczny matołek wrzeszczał w TVP: "jak się rozmawia z bandytą Łukaszenką, to trzeba mieć rewolwer w kieszeni". A tak w ogóle, po '89 w polskich placówkach na Białorusi zaroiło się od młodych ludzi w adidasach i z plecaczkami. W większości byli nimi Białorusini z białostockiego. Swą misję zaczynali od psucia stosunków z Polakami. Bitwa o opanowanie polskich organizacji przybrała postać starcia bezpieki, wojny agentury Mińska z agenturą Warszawy. Niektórzy "polscy" dyplomaci w nagonce na Łukaszenkę tak się w swym ogłupieniu zapędzili, że domagali się zerwania stosunków dyplomatycznych z Mińskiem i uznania rządu białoruskiego na uchodźstwie. Pozostało im jeszcze tylko wypowiedzenie wojny. Ale tu przeszkodą okazała się armia w zaniku i niemożność użycia wobec śródlądowego dyktatora sławetnej fregaty "Gawron". Cieszyło to wszystko Moskwę, a nawet miało jej wsparcie. Przybliżało też marzenia polskich sowieciarzy o długiej, wspólnej granicy z Rosją. Związkiem Polaków na Białorusi - ma się rozumieć, zupełnie przypadkowo - dyrygował wówczas były pułkownik sowieckich wojsk pogranicznych, a później rosyjskiego KGB, Tadeusz Gawin. Nie sposób jest oprzeć się podejrzeniu, że zaangażowanie Polski zakończyło się katastrofą, gdyż oparte było na nieprofesjonalnej analizie sytuacji i że dla takiej analizy istniało skryte wsparcie rosyjskie. Nie przypadkiem też w MSZ politykę wschodnią powierzono sowieciarzom.

Czas na podsumowanie "zadymy". Pierwsza konstatacja: to katastrofa, i przykład wyjątkowego partactwa, w dodatku rozegranego pod dyktando Łukaszenki; druga: upadek myślenia politycznego w Polsce jest znacznie większy niż nam się wydaje. W odniesieniu do Sikorskiego powiedzieć można: Były dyrektor kołchozu ograł sromotnie absolwenta Oxfordu, a nawet go upokorzył. Białoruś, spośród sąsiadów na Wschodzie kraj nam najbardziej życzliwy i najlepiej traktujący żyjących tam Polaków, przekształcił się w jeden z najbardziej nam wrogich. Pamiętać przy tym trzeba, że funkcjonuje tam tzw. "kompleks polski", który odgrywa kluczową rolę nie tylko w historii, ale i w polityce tego kraju. Według niego Polska to zakamuflowany wróg, który czyha na białoruskie ziemie. Po objęciu 20 lat temu władzy Łukaszenko ograniczył odwoływanie się do "kompleksu polskiego" przyjął inne podejście do dziedzictwa Polski Jagiellońskiej. Propaganda podkreślała powiązania rodzinne, wspólną historię i to, że wśród narodów słowiańskich Polacy i Białorusini są sobie najbliżsi. Łukaszenko odbudował i zrewaloryzował za wiele milionów "szlak mickiewiczowski", pałac Radziwiłłów w Nieświeżu, zamek w Mirze, dworek Mickiewicza w Zaolsiu. Taka zmiana nie została jednak przez Warszawę zauważona i doceniona. Można nawet powiedzieć - została z gniewem odrzucona i tym samym szansa zakonserwowania śladów Rzeczypospolitej, dalszego trwania polskości - zaprzepaszczona.

Łukaszenko radykalnie zmienił też podejście do Kościoła. Dzięki niemu odzyskał on cały swój potencjał. Mimo oczywistości, że katolik to Polak, a Polak to katolik, Łukaszenko traktuje obie wspólnoty w odmienny sposób. W ostatnich latach, a więc w czasie konfliktu ze wspieranymi przez Warszawę działaczami mniejszości polskiej, Kościół wzniósł na Białorusi kilkaset świątyń. Wydaje legalnie 7 czasopism, w tym w języku polskim. Nie ma najmniejszych problemów z władzą. Wręcz przeciwnie, obawia się niefortunnej sukcesji po Łukaszence. Jak Białorusini traktują mieszkających tam Polaków? Nie ma litewskiego szowinizmu, nie ma też ukraińskiej nienawiści. Niejednego to zaskoczy, ale to najbardziej przyjazna Polakom nacją na wschodzie. I gdyby nie głupia "zadyma" problem polskiej mniejszości w ogóle by się nie pojawił.

Antypolonizm za polskie pieniądze

Państwo polskie uchyla się od zadania wspierania Polaków za granicą. Równocześnie ostentacyjnie marnotrawi publiczny grosz, pompując miliony w tzw. opozycję białoruską - i to na dziwne cele. W latach 2007-2013 MSZ przekazało na działalność białorusko-języcznych mediów - Telewizji Biełsat i Radia Racja -124 min zł. Dochodzą do tego miliony na stypendia dla tysiąca studentów białoruskich, rzekomo relegowanych z uczelni. Dodajmy tu, że dystrybucją (a może defraudacją?) środków na "wspieranie organizacji pozarządowych i niezależnych mediów na Białorusi" zajmuje się Fundacja Solidarności Międzynarodowej. W skład Rady Fundacji wchodzą Marek Borowski, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa, Henryk Wujec i dziennikarz "Wyborczej". Pozornie egzotyczny skład rady nie zaskakuje. W III RP eksportem "praw człowieka" zajmują się od zawsze potomkowie stalinowców lub tajni współpracownicy bezpieki. Jednocześnie z roku na rok zmniejsza się środki przeznaczone dla Polaków. W 2013 r. odrzucono 3/4 wniosków Związku Polaków na Białorusi. Bardzo poważnie poszkodowana została także Polska Macierz Szkolna, prowadząca naukę języka polskiego. Znacząco zmniejszono finansowanie dla.Fundacji na rzecz Pomocy Dzieciom Grodzieńszczyzny i Stowarzyszenia Odra-Niemen. Budowanie wpływów w innych społeczeństwach jest dopuszczalne, pod jednym wszakże warunkiem - najpierw wypełnić trzeba elementarne zadania względem osób polskiego pochodzenia.

A co tak hojnie sponsorowani przez państwo polskie dają w zamian? Antypolonizm, kwestionowanie tożsamości narodowej kresowych Polaków, dezawuowanie ich wrażliwości historycznej, określanie mianem "opolaczonych" lub "okatoliczonych" Białorusinów. Co ważne, "opolaczeni" mieliby być także Polacy na Litwie, bowiem Wileńszczyzna, w ich mniemaniu, to "etniczne terytorium białoruskie". Rozbiory to "odejście ziem białoruskich do Rosji". Fakt objęcia przez II RP Grodzieńszczyzny to "rozbiór" i "okupacja". Arsenał antypolskich argumentów obejmuje "obozy koncentracyjne" w II RP. AK na Kresach to "terroryści i złoczyńcy" a kolaboranci Hitlera to "społecznicy". W opozycyjnych kręgach nie pomija się też hasła o odebraniu Polsce Podlasia. Przykładem może tu być opozycjonista Franak Wiaczorka. To prawdziwy pupil mediów i państwa polskiego. Od lat na emigracji w Polsce, pracownik Telewizji Biełsat, beneficjent specjalnego stypendium rządowego oraz 6 min złotych dotacji Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej na film fabularny, którego kanwą jest historia białoruskiego opozycjonisty... Franaka Wiaczorki i którego scenarzystą jest... Franak Wiaczorka. Dodajmy, że ojciec Franaka - Wincuk - w czasie gdy, był jednym z liderów opozycji, mocno sprzeciwiał się rozdawaniu na Białorusi Kart Polaka, w czym zresztą spotykał się w poglądach z czynownikami miejscowego KGB. Takie podejście opozycyjnych działaczy nie jest jednak przedmiotem zainteresowania urzędników polskiego MSZ. Nie jest też przedmiotem refleksji, że może mieć bardzo negatywne konsekwencje dla kresowych Polaków, być powtórzeniem scenariusza litewskiego, kiedy to bezkrytyczne poparcie dla Litwinów i dla czołowego dziś anty-polonity Landsbergisa pozbawiło Polaków z Wileńszczyzny wszelkiej ochrony. A państwo polskie ma w ręku aż nazbyt wiele argumentów, by wytłumaczyć owym "bojownikom o demokrację", że prawa człowieka, o które jakoby gorliwie walczą, dotyczą także polskiej mniejszości narodowej.

Ktoś, kto tuż po rozpadzie ZSRR był w tym kraju, mógł być zasmucony jego nędzą i ruiną. Dziś doznaje szoku, szoku pozytywnego. Polskie niegdyś Brześć, Baranowicze, Nowogródek, Grodno są ładnie odnowione, przedwojenne domy odrestaurowane z dużym pietyzmem. Nikt nie burzy zabytkowych kamienic. Ulice niezwykle czyste, ściany domów bez bazgrołów. I co najważniejsze - nie ma bezdomnych i żebractwa. Zdecydowanie lepiej niż w Polsce działa opieka zdrowotna i system emerytur. Na wyższym poziomie jest też szkolnictwo, nie mówiąc o armii. Ponad 11 proc. wzrostu PKB w 2004 r., 7,7 proc. dziś, pięcioprocentowe bezrobocie. To nie są wskaźniki gospodarcze Chin, ale... Białorusi. I pod tym względem Łukaszenko okazał się zdecydowanie lepszy od ekipy reformatorów III RP. Pod rządami byłego dyrektora kołchozu (jak często i z lubością podkreślają polskie media) Białoruś zachowała rodzimy przemysł. Wytwarza on 47,2 proc. PKB. Więcej też eksportuje niż Polska, i to produktów białoruskich, a nie zagranicznych koncernów. Firma Belaz wytwarza 1/3 wszystkich wywrotek na świecie, a mińska fabryka traktorów ma 10 proc. światowego rynku i własne montownie w Chinach, Wenezueli i Algierii. Białoruś jest też największym w Europie producentem opon. Kwitnie przemysł petrochemiczny, bo Łukaszenko wywalczył od Rosji wielkie pieniądze za tranzyt ropy i gazu, a także niezwykle niskie ceny ropy. Zbudował też od podstaw własną, narodową sieć handlu (tzw. sklepy radziwiłłowskie), a większość Białorusinów widzi w nim jedynego obrońcę przed zakusami obcego kapitału na ich narodową własność. Krótko mówiąc, kraj rozwija się dwa razy szybciej niż Polska, przy trzykrotnie mniejszym bezrobociu, co jest mało wygodną informacją dla właścicieli III RP. Łukaszenko często mówi, jak wielkim problemem jest unowocześnienie kraju bez pozbycia się (dodając zawsze kak w Polsze) własności ziemi, banków i fabryk i zastanawia się, w jaki sposób prywatyzować tak, aby nie demolować wszystkiego, co wcześniej z trudem zbudowano (kak w Polsze).

Polskie standardy

Polska to kraj 2 mln bezrobotnych i 2 mln wygnanych za chlebem, z karłowatą armią, z najtańszą w UE siłą roboczą, z przemysłem w rozpaczliwym stanie. Kraj ze stadami lichwiarzy i spekulantów, dojących i strzygących go z resztek majątku, z gigantyczną biurokracją, zadłużeniem, skrajną biedą. Kraj, gdzie rosną jedynie: liczba generałów w armii, długość ścieżek rowerowych, liczba klientów pomocy socjalnej, komornicze długi oraz inwestycje rządowe w "Wyborczą". Przez ostatnie lata uczyniono z Polski najbiedniejszy kraj UE, z mnóstwem problemów moralnych, kraj najbardziej opresyjny i skorumpowany w Europie. Równocześnie przypisuje sobie rolę awangardy wolności, wzorca demokracji i praw człowieka, a nawet herolda misji cywilizacyjnej na Wschodzie i miota na prawo i lewo głupawy bełkot o "białoruskich standardach". "Zanim zaczniesz kogoś pouczać, zrób porządek u siebie" - tak, pobłażliwie, reagują na to Białorusini. I nie sposób się z nimi nie zgodzić. Na koniec pytanie: Kto i po co rozpowszechnia bzdury o Białorusi? Dla ekipy rządzącej Polską potyczki z Łukaszenkę pełnią niejako funkcję terapeutyczną. Zmuszeni do ustawicznego czołgania się przed silniejszymi, wypełniania ich instrukcji, frustrującego i niewykonalnego zadania zadowolenia wszystkich sponsorów, pozbawieni osobistych sukcesów - połajanki wobec Łukaszenki traktują jako odreagowanie upokorzeń. Obawiać się jednak trzeba, że dziś, w obliczu ostatecznej klęski ich polityki wschodniej, w panicznym, redukującym zdolność myślenia poszukiwaniu jakiegokolwiek sukcesu, miast konsultacji u dobrego psychiatry, "zabiorą się" ponownie za Łukaszenkę.

Żródło: http://www.warszawskagazeta.pl