Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witAktualnościblok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 



KaczenceKaczenceKaczence

Szyksznianowa Weronika

Wilnianka. Mąż Robert, urzędnik państwowy, zmarł w 1938 r. Pani Weronika pozostała sama z czwórką dzieci (trzech synów i córka). Ta drobna piękna kobieta, nie mająca zawodu, musiała pokonać wiele kłopotów, które nagle na nią spadły. Trzeba było utrzymać dom i czwórkę dzieci. Pomimo tych trudności stworzyła dom pełen miłości, szacunku wobec siebie, głębokiej wiary w Boga i umiłowania Ojczyzny, a nade wszystko miasta rodzinnego Wilna.

Tote , gdy wybuchła wojna, chłopcy włączyli się do działalności konspiracyjnej, by walczyć o Polskę. Pani Weronika mając ogromne
serce pomagała tym, którzy pomocy potrzebowali, a wówczas potrzebujących było wielu. Pewnego dnia trójka synów została skierowana do leśnych oddziałów partyzanckich, do 3. Brygady Szczerbca. Po Powstaniu Wileńskim najmłodszemu Jankowi udało się uniknąć internowania.

Wacław i Antoni podzielili los innych partyzantów, którzy zdradziecko zotali rozbrojeni przez oddziały NKWD i internowani w Miednikach Królewskich, a później wywiezieni do Kaługi, a następnie w głąb lasów pod Moskwę Sieredniaki. Nic tak nie załamało pani Weroniki jak zesłanie synów. Przed rewolucją mieszkała w Petersburgu. Znała los zesłańców na Syberii. W czasie rewolucji uciekała z małą córeczką do Polski. Miała już wiele przeżyć za sobą, toteż dzień i noc myśli jej błąkały się przy synach. Mimo przestrzeni, jaka dzieliła ich, była razem ze swoimi chłopcami.

Pewnego dnia, nie mogąc pokonać tęsknoty, postanowiła zdobyć odpowiednie dokumenty i przedostać się do łagru. Nic nie było straszne, a pragnienie tak silne, by chociaż przez chwilę ujrzeć synów. Była z nich dumna, ale i niepokój był ogromny. Pokonała wiele trudności, objuczona bagażem z żywnością, ruszyła w drogę. Ciężka to była droga. Okazało się, że nie wygląd zewnętrzny (była drobną i kruchą kobietą), ale siła wewnętrzna przełamywała każdą przeszkodę.

Po wielu dniach dotarła do celu. I tu mimo ogromnego zmęczenia, nieprzespanych nocy, starała się dostać do synów, a gdy była u celu, siła i hart gdzieś uleciały, patrzyła na nich przez łzy. Chętnie pozostałaby tu na poniewierkę, by oni byli wolni i mogli wrócić do domu.

Po powrocie trudno było poznać tę silną, odważną kobietę. Przeżycie odbiło się na całej jej osobowości. Zgarbiła się, posrebrzyły się skronie, wciąż patrzyła przed siebie smutnymi czarnymi oczami, jakby wypatrując ich powrotu. Nie wyjeżdżała z Wilna. Wciąż czekała...

Synowie wrócili do Polski w 1946r. i wówczas pani Weronika wraz z córka i małą wnuczką wyjechała z Wilna i osiedliła się w Choszcznie, gdzie mieszkała z całą czwórką swoich dzieci.

Zmarła mając 82 lata.

 

Było mi zawsze
w głęboką noc czarną.
Matczyne serce
jasną latarnią...

Jan Pocek