Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witAktualnościblok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

Dzika roza

Dzika roza

Dzika roza

Puzewicz Zofia
Wspomnienia syna Franciszka Puzewicza ps."Komar" żołnierz 2. Brygady AK" Kaziuka"

Urodziła się w 1901 r. w Piłajciszkach k.Wilna - w znanym na Wileńszczyźnie rodzie Tyszkiewiczów. Matka Polka. Wychowała trzech synów w duchu wiary, patriotyzmu i miłości do Ojczyzny. Gdy nadszedł czas w 1944r., błogosławiła synów odchodzącychw szeregi Armii Krajowej, walczącej o wolną Polskę. Naj starszy syn Kazimierz, pseudonim "Sokół", był w Oddziale "BLYSKAWICA" - późniejsza 6. Samodzielna Brygada "KONARA". Synowie Antoni - "Jaskółka" i Franciszek "Komar" zostali wcieleni do 2. Brygady "KAZIUKA", gdzie brali udziałw wyzwalaniu Wilna.

Po "oswobodzeniu" Wileńszczyzny przez armię sowiecką została pozbawiona prawa do swojego majątku ziemskiego wraz z całym dobytkiem i inwentarzem. W czasie walk o Wilno ginie od bomby jej mąż Józef Puzewicz. Nieco później syn Antoni zostaje wywieziony do łagrów w Rosji. "Zaliczył" 3 lata w obozach: Saratowa, Kutaisi i Borowiczach k.Leningradu, skąd uciekł i wrócił do domu.

Pozostali synowie, ratując się przed wywiezieniem do Rosji, wstępują przez ówczesny Związek Patriotów Polskich (Wilno, ul. Zygmuntowska) do organizowanej armii polskiej gen. Berlinga. To umożliwia wyjazd do Polski. Matka zostaje sama bez środków do życia. Poniewierana przez władze komunistyczne jako "kułaczka" (bogata ziemianka) opuszcza rodzinną posiadłość Gryciuny i zamieszkuje w Wilnie, oczekując na powrót syna z sowieckich łagrów.

W 1957 roku, jako repatriantka, wyjeżdża do Polski i zamieszkuje w Bydgoszczy razem z synem Antonim i najmłodszą córką Marią.

W 1988 roku żegna najstarszego syna Kazimierza, a rok później odchodzi za nim z tego świata, pozostawiając córkę i pozostałych dwóch synów weteranów - kombatantów, czekających na swoją kolej.

Odeszła cicho i bezboleśnie 1 czerwca 1989 roku zasypiając wiecznym snem, pozostawiając pamięć, miłość i szacunek pozostałych.

Była jak moje serce,
które mi kiedyś podarowała.
Ten prezent próbuję chronić
Pomóż Mamo kochana!.....


Małgorzta Pomorska


P.S.

O patriotycznej postawie Józefa Puzewicza - męża Zofii - mówi Tadeusz Szynkowski w swej książce pt. Błyskawica na ziemi Sużańskiej str. 100, 104 - Wydawnictwo Polskie w Wilnie - 2000.

Ostatnie dni czerwca 1944r. Od wschodu głuche pomrukifrontu nie ustają w dzień i w nocy. Wśród młodzieży konspiracyjnej rośnie nerwowe napięcie, które jest dostrzegalne nawet dla niewtajemniczonych. W naszej rodzinie - brat Kazimierz, ps. " Sokół" już od lutego jest w oddziale "Błyskawicy". My, tzn. ja i brat Antoni "Jaskółka" tylko czekamy na rozkaz chwycenia za broń i przejścia do otwartej walki. Wreszcie stało siel.
Jest rozkaz. Stanisław Gejgał z Wareki- nasz konspiracyjny opiekun i łącznik, który przyjmował ode mnie
i brata Antoniego przysięgę żołnierza AK - zawiadomił, że w określoną noc (było to chyba l lub 2 lipca), mamy się stawić u niego, wpełnym możliwym uzbrojeniu,

Pamietam piękny, pogodny wieczór i nadchodzącą noc, w którą musieliśmy opuścić nasz dom. Nerwowe przygotowania broni i amunicji. Wyciąganie jej ze schowków i czyszczenie zajęło wieczorne godziny. Ojciec nasz śp. Józef Puzewicz dostrzegł tę krzątaninę i zaczął nas baczniej obserwować. Pozostało nam najtrudniejsze zadanie, a mianowicie zawiadomienie rodziców o naszym odejściu do AK.

Z mamą poszło łatwiej. Zawsze była bliższa nam swym sercem. Była wielką patriotką i dużo wiedziała o naszych kontaktach konspiracyjnych. Zgodziła się bez sprzeciwu. Poprosiła tylko, żebyśmy nie odchodzili bez kolacji, którą zaraz obiecała zrobić. Ojciec, pomimo że wielu rzeczy się domyślał, to na wieść o otrzymanym rozkazie zaniemowił. Twarz mu dziwnie zastygła. Długo na nas patrzył i jakby trochę zgarbiony odszedł do gospodarskiego obejścia. Ja z bratem kompletowaliśmy rynsztunek i rozważaliśmy o dalszym naszym losie. Byliśmy zajęci sobą, gdy usłyszeliśmy głos Mamy wołającej nas na kolację. Sądziliśmy, że będzie to zwykła codzienna
kolacja, tak jak zawsze bywało. Mama poprosiła nas do pokoju gościnnego, gdzie ujrzeliśmy stół przykryty białym obrusem z pełną zastawą stołową, jakiej używało się tylko z okazji wielkich świąt.

Stanęliśmy jak wryci. Odczułem silny ucisk w gardle. Czy to ma być Ostatnia wieczerza"? Zasiedliśmy do stołu. W pewnej chwili Ojciec wstał, podszedł do kredensu i przyniósł butelkę wódki. Pierwszy raz w życiu (i ostatni) nalał nam wszystkim. Byłem zszokowany tym gestem.