Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witAktualnościblok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

 

Dzwonek
Dzwonek
Dzwonek

 

 

 

Gonczaruk Władysława ps. "Wacka"
Wspomnienia syna Zbigniewa Gonczaruka

Ostróg. Małe, jedno z najstarszych na Wolyniu, kresowe miasteczko leżące w widłach rzek Wilii i Horynia. Dzisiaj to
Ukraina. Ostróg to jedna z historycznych rodowych siedzib książąt Ostrogskich, Sanguszków i Lubomirskich. To miejsce pochówku hetmana Jana Chodkiewicza. Ostróg to tygiel narodowościowy, religijny i kulturowy.
To frontowe, graniczne miasto z 19 kompanią Korpusu Ochrony Pogranicza II Rzeczpospolitej. I tutaj urodzili się moi rodzice. Mama, Władyława, z domu Lubicz-Bartosiewicz, spokrewniona z Ruczkowskimi, Chojny, Telickimi, Porębskimi, Marcinkowskimi. Ojciec, Anatol, spokrewniony z Dziatkowskimi, Kokorskimi, Moraczewskimi, Ogrodniczukami, Wujasami, Łacińskimi, Sykutami, Stantejskirni.
W 1943 roku i ja ujrzalern gorujace nad miastem wieże soboru i kościoła, otoczone murami zamczysko, pełne legend, z najglośniejszą romantyczną historią Halszki. Rodzice byli czynnie zaangażowani w podziemną działalność w ramach
zbrojnych oddziałów 27. Wołyńskiej Dywizji Arrnii Krajowej. Ojciec, wykorzystując bardzo przydatne w tamtym czasie ukraińsko brzmiace nazwisko, prowadzil najpierw konspiracyjny punkt tworzących się zgrupowań AK, a potem, jak
każdy z patriotycznie nastawionej ostrogskiej młodzieży, poszedl "do lasu". I walka do rozbrojenia, wcielenie do LWP, ucieczki, ukrywanie sie pod rodowyrn nazwiskiem żony, aż do arnnestii w 1947 roku.
O Mamie wśród najbliższych za dużo się nie mówiło. Wiedziałem, że pochodziła z rodziny o tradycjach wyniesionych ze środowiska legionistów i hallerczyków. Wiedzialern, że jej brat, a mój nigdy nie widziany wujek Bolesław, służył w "zielonych beretach" i zginął w ostatnich dniach wojny, w okolicach Monte Cassino. Wiedziałem, że Mama była piekną kobietą, obiektem westchnień ostrogskiej kawalerki. Nie okazywała demonstracyjnie swoich uczuć - była tajernnicza
i trochę nieprzystępna. W Jej pieknych, niebieskich oczach, chyba tylko ja widziałem wielką miłość do najbliższych. Żyła zawsze w cieniu partyzanckiej sławy męża.
Na organizowanych po ekspatriacji nieoficjalnych zjazdach partyzanckiej braci, gdzie jedyna kobietą była Mama, wspominano rodzinne strony, przywoływano zapomniane smaki, zapachy, dźwięki, zabawne zdarzenia, a także okrucieństwa wojennej hekatomby. Z czasem panowie w opowieściach coraz bardziej ubarwiali swoje wyczyny, swoją w nich rolę, swoje osiągnięcia. Do czasu. Na jednym ze spotkań pojawił się Franciszek Pukacki "Gzyms" - dowódca I/45 pp. 27. Wolynskiej Dywizji AK. Ich dowódca.
W długim przemówieniu chwalił i odkrywał bohaterską postawę jednego z członków oddziału. Każdy ze zgromadzonych myślał oczywiscie o sobie. Na zakończenie laudacji, uroczyście zwalniajćc ze złożonej przysięgi, wymienił nazwisko
tajernniczego bohatera: Władysława Gonczaruk, pseudonim "Wacka".
Najpierw olbrzymie zaskoczenie, a potem owacja towarzyszy broni. Mnie, Jej syna przepełniła ogromna duma. W jednej chwili poukładałem strzępy informacji i zrozumiałem, chociaż po części, Jej tajemnicę - bardzo zakonspirowanej
łączniczki, przeprowadzajacej najwybitniejszych "Londyńskich skoczków" i przywódców "Wachlarza". Zrozumiałem dlaczego na wszystkie akcje brała mnie, małego brzdąca, który w naturalny sposób odwracał uwagę wrogich patroli, dlaczego w pieluchy wkładała metalowe części broni - jakże ja wtedy krzyczałem.
Zrozumiałem, dlaczego miała długi, piękny warkocz zwinięty w kok, bo w nim ukrywala małą "belgijkę". Zrozumiałem co znaczy wartość złożonej przysięgi, z której zwolnienia nigdy potem nie skorzystala. Zabrała tajemnicę ze sobą. I ta cicha, mądra, zawsze zapracowana i kochająca kobieta była moją Mamą.
Jakże jestem z tego dumny.
17 marca 1989 roku przygotowala na moje imieniny tradycyjne przyjęcie, Jeszcze fryzjer - przecież musi wyglądać porządnie. Spieszyła się. Przebiegała przez ulicę - wypadek - okrutna śmierć.

 

Mama
 

Myslałem:
Nigdy się nie zmieni.
Zawsze bedzie czekała.
Ubrana w białą suknię
I niebieskie oczy.

Aż nagle
urwała się nitka.
Teraz perły zimują
W szparach podłogi.

Na progu wszystkich drzwi,
Zawsze będzie uśrniechała się,
Wkładajćc ten naszyjnik.

 
 


Zbigniew Herbert