NL    PL link    ENG link

Dowgwillo_kop

Witamyblok wit|blok witNazwiskoblok wit|blok witHerbblok wit|blok witGenealogiablok wit|blok witKoligacjeblok wit|blok witAlbumy i wspomnieniablok wit|blok witHonor i Ojczyzna
Zdjęcia bezdomneblok wit| blok witAktualnościblok wit|blok witWarto przeczytaćblok wit|blok witWarto zobaczyćblok wit|blok witŻołnierze Wyklęciblok wit|blok witMatki Polkiblok wit
Polskie Kresyblok wit|blok witLekcja historiiblok wit|blok witŚpiewnik wileńskiblok wit|blok witPolecane witrynyblok wit|blok witBiblioteka

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Żołnierskie buty
Wspomnienia Zbigniewa Piaseckiego ps. "Czekolada" na podstawie wywiadu opracowanego przez Barbarę Dominiczak.

W okresie okupacji niemieckiej Warszawa była centralnym ośrodkiem Polskiego Państwa Podziernnego. Już w 1939 roku, po przegranej kampanii, powstały tam organizacje o charakterze wojskowym. W lipcu 1944 roku, gdy odwrót wojsk niemieckich przemieszczał się przez nasz kraj, warszawski garnizon Armii Krajowej liczył około 49 tysięcy, a innych organizacji około 2 tysiące osób, gotowych do walki zbrojnej. W tym czasie byłem jeszcze harcerzem Szarych Szeregów, ale od pierwszych dni powstania stałem się żołnierzem Zgrupowania Rotmistrza "Ruczaja". Celem mojego oddziału było zdobycie budynku byłego Poselstwa Czechosłowackiego przy ulicy Koszykowej. W pierwszym natarciu oddziału (dwa plutony), mimo poniesionych strat, odnieśliśmy sukces, biorąc do niewoli kompanię niemiecką łącznie z uzbrojeniem, składającą się z żołnierzy pochodzenia azjatyckiego.

Uzbrojony w zdobyty karabin, otrzymałem od dowódcy polecenie zajęcia stanowiska w budynku z widokiem na Aleję Róż. Szukając dogodnej pozycji, zauważyłem w jednym pokoju otwartą szafę z wiszącym w niej mundurem niemieckiego oficera. Na podłodze leżała walizka. Pozostawione w nieładzie łóżko sprawiało wrażenie, że przebywający tam oficer przed chwilą opuścił w popłochu pomieszczenie, pozostawiając swoje osobiste rzeczy. Zaciekawiony wszedłem w głąb pokoju i zajrzałem do środka walizki. Wśród różnych rekwizytów dostrzegłem lśniące buty oficerskie. Spojrżałem na moje mocno zdarte, rozsypujące się trzewiki i spontanicznie, nie namyślając się długo, zamieniłem je na nowe, mocne, chociaż dwa numery za duże buty niemieckiego oficera. Zerwałem też dystynkcje z munduru wojskowego i choć marynarka była o wiele za długa, wpuściłem ją w spodnie i tak wyposażony, zadowolony, że nareszcie mam prawdziwy wojskowy strój udałem się na wyznaczone miejsce. O świcie dostałem polecenie, by zejść ze stanowiska, na którym prowadziłem obserwację fragmentu ulicy. Następnie z oddziałem opuściłem zdobyty gmach, ponieważ czołgi i piechota niemiecka zaczęły atakować i usiłowały odbić utracone pozycje.

Wraz z mym oddziałem i jeńcami dotarłem do sztabu przy ulicy Kruczej. Stamtąd skierowany zostałem w rejon placu Trzech Krzyży do oddziału dowodzonego przez porucznika "Bradla". Po dwóch tygodniach dowódca plutonu wydał ogłoszenie, jeśli ktoś ma zniszczone obuwie, może zaopatrzyć się w lepsze od jeńców niemieckich, znajdujących się w barakach przy ulicy Hożej. Udałem się tam z myślą zamiany moich za dużych nowych butów na mniejsze. Wśród jeńców siedzących w baraku (było ich około kilkuset) zauważyłem oficera w wojskowych saperskich butach polowych. Wydawało się, że będą pasować na moje nogi. Z satysfakcją zwycięzcy poleciłem wrogowi zdjąć obuwie. Przymierzyłem je, pasowały jak ulał. Oddałem jeńcowi swoje (śmiał się, gdy ubierał lśniące, wizytowe oficerki i wewnątrz wypchane szeleszczącymi gazetami). Po dokonanej zamianie miałem wyrzuty sumienia, ale przetłumaczyłem sobie, że takie są prawa wojenne...

Zbrupowanie Brdla

W zdobycznych butach przeszedłem caly szlak bojowy oddziłu do momentu ogłoszonej kapitultac]i. Łup wojenny, który sprawił mi satysfakcję, był jednak także przedmiotem wielu chwil udręki.

Po kapitulacji, w grupie starszych stopniem kolegów, wraz z przygnębioną ludnością cywilną opuszczałem Warszawę. Mając zdobyczne wojskowe buty cały czas obawiałem się, że jak to dostrzegą Niemcy skutki mogą być katastrofalne. Pragnąc je zamaskować pomazałem je błotem, aby wyglądały na zniszczone i stare. Na szczęście konwojenci niemieccy nie zauważyli mnie w tłumie idących ludzi.

W drodze do Pruszkowa, między Okęciem a Gołąbkami, postanowIłem wykorzystać nieuwagę Niemców i w pewnym monencie wraz z kolegą podchorążym skoczyliśmy w krzaki. Ucieczka się udała, nikt nas nie ścigał. Przesiedzieliśmy do zmroku w zielonej gęstwinie, a potem dotarliśmy do wolno stojących zabudowań. Okazało się, że ich właściciel był oficerem AK. Doradził nam, aby udać się w Góry Świętokrzyskie, gdzie działały jeszcze oddziały leśne ze zgrupowatlla "Ponurego". Tak uczyniliśmy. Podczas samotnej wędrówki zatrzymał mnie patrol niemieckich żołnierzy z armii Własowa - pochodzenia azjatyckiego. Zostałem aresztowany i osadzony w wiejskiej chacie. Przez całą dobę pilnowali mnie skośnoocy żołnierze.

Drugiego dnia oficer niemiecki wydał polecenie dotyczące mojej osoby. Poprowadzono mnie w kierunku lasu. Byłem przekonany, że zdradziły mnie wojskowe buty niemieckie i za to zostanę za chwilę zlikwidowany. Eskortuiacy mnie żołnierz kazał mi zaczekać chwilę, a sam poszedł do budki dróżnika. W tym czasie nadjechał pociąg towarowy. Gdy zwolnił bieg wskoczyłem do wagonu i ukryłem się w breku. Skuliłem się i z niepokojem oczekiwałem na serię strzałów w moim kierunku, jechałem, jak się okazało, w stronę miasta Skarżyska. Przed stacją wyskoczyłem z pociągu i pieszo dotarłem do dworca. Tam odnalazłem kolegę, z którym' rozstałem się na jakiś czas. Razem dotarliśmy do punktu kontaktowego, gdzie przejęła nas łączniczka i zaprowadziła na placówkę Armii Krajowej w miejscowości Kraino. Tam przespałem jedną noc, zostałem ponownie aresztowany w łapance i wywieziony na roboty do Niemiec. Zawieziono nas do obozu przejściowego, który znajdował się na skraju miasta Rozenberga (obecnie Oleśnica). Ogarnęła mnie obawa, że Niemcy mogą dostrzec na moich nogach żołnierskie buty. Na szczęście nikt z obsługi obozowej nie zwrócił na mnie uwagi. Z poznanym w obozie kolegą zorganizowaliśmy ucieczkę. Wędrując w stronę Kielc, spotkaliśmy żandarma, który zażądał od nas dokumentów, uratował nas jednak idący z nim cywil, mówiąc, że jesteśmy mu znani. Jak się okazało, był to sołtys z okolicznej wioski. Dalej bez problemów powróciliśmy do wspomnianej wcześniej placówki AK.

W grudniu ponownie aresztowano mnie z innym kolegą i przekazano pod nadzór gestapo. Powrócił lęk z poprzednich miesięcy, że zdradzą mnie moje zdobyczne, wojskowe buty. Ale ich interesowało coś innego - przynależność do AK. Przebywałem wówczas w więzieniu częstochowskim oczekując na dalsze wydarzenia. Około 17 stycznia 1945 r. odzyskałem wolność, jak również inni skazańcy tego więzienia.

Po wyzwoleniu, gdy AK była już rozwiązana, wraz z kolegą pieszo ruszyliśmy w stronę stolicy. W Dęblinie było sporo wojska sowieckiego. Zauważyłem, ze jestem obserwowany przez dwóch żołnierzy. Kolega żartował, że pewnie są to homoseksualiści (miałem wtedy jeszcze gładką twarz jak dziewczyna). W pewnej chwili sołdaci podeszli do nas i zapytali: Kto wy? Odkuda idiotie?
- My Polacy. Wracamy z "Tiurmy" (z więzienia),
- A u was dokumienty jest?
- Nie. - odpowiadamy - Nu, paszli po dokumienty - rozkazali i poprowadzili nas w kierunku lasu, do ziemianki. Kazali wejść do wewnątrza. W środku przystawili mi pepeszę do piersi i rozkazali:
- Zdymaj sapag!l Job.."".... bo ubiju kak sabaku.- Pomyślałem to koniec. Zacząłem się tłumaczyć, ale Rosjanin przerwał mi i wrzasnął wraz z przekleństwem.
- Malczi! Dawaj sapagi! Skorieje! - Przypomniałem swoje postępowanie z niemieckim jeńcem oficerem. W mojej obecnej sytuacji mogło się skończyć tragicznie. Drugi "Bąjec'' ( żołnierz) ściągnął buty z moich nóg i wyjął z worka zniszczone niskie buty sznurowane z odstającą podeszwą. Dał mi sznurki, abym je związał, gdy założę. Wtedy dopiero zmienił intonację głosu. Udobruchany moim stoickim spokojem sięgnął do wojskowej torby po małe zawiniątko z zawartością cukru i rzekł: - Masz tiebia na darogu niemnaszko sacharu, odmówiłem upominając się o przepustkę. Łagodnym tonem tłumaczył zarekwirowanie moich butów.
- Tiebia moładoi czaławiek sapaszków nie nada. Ty pajdiosz mamaszy oddychat, a mnie nada wojawat dalsze.
- A w czym ja pójdę? - spytałem wskazując na otwartą paszczę podeszwy. Zacząłem się upominać o przepustkę, a on na to: Tiebia propuskil nie nada. Ty i tak zajdiosz. - Po opuszczeniu ziemianki usłyszałem serdeczny śmiech kolegi. No o wróciłem do domu - w sowieckich butach z odstającą podeszwą.

1. Kolega z obozu w Niemczech: Stefan Niburski - żołnierz AK Zgrupowanie "Ponurego" Okręgu Kieleckiego.
2. Kolega z więzienia: Wojciech Szczepański - żołnierz Szarych Szeregów i AK Okręgu Warszawskiego.